29 września: Pionier też człowiek i jeść musi

„Dziś na obiad specjalność naszego zakładu: ziemniaki i kasza. Na drugie: kasza i ziemniaki. Na deser niezwykle smakowite kaszo-ziemniaki z lekką okrasą konserwowo-końską. Towar świeży, pięciomiesięczny. Wartościowy, bo z oblężenia!” – to fragment jednej z rozmów zasłyszanych latem 1945 r. we wrocławskiej jadłodajni, gdzie stołowali się pionierzy. Nie mieli łatwo, aprowizacja miasta była bowiem jednym z największych problemów w pierwszych powojennych miesiącach. Swoje stołówki i jadłodajnie prowadził zarówno Zarząd Miejski Wrocławia, jak i Grupa Naukowo-Kulturalna. Z czasem zaczęły pojawiać się bary i restauracje, ale brakowało tanich jadłodajni. 29 września 1945 r. pierwszą swoją „stołówkę dla inteligencji” otworzył Caritas. Co było w menu? Ile kosztowały dania? Jak doprowadzano poniemieckie zapasy mięsa do stanu, w którym możliwe było jego spożycie?

Przemarznięte ziemniaki z kaszą albo kasza z ziemniakami (przemarzniętymi). Oprócz tego chleb z marmoladą, ryż z rabarbarem, zupa cebulowa, grochówka albo krupnik, a do tego nieodmiennie czarna kawa zbożowa. Czasami także stare, peklowane i „mocno woniejące” mięso, które przetrwało oblężenie. To wszystko – dla odkażenia i w celach leczniczych – popijane znalezionym w ruinach wrocławskich restauracji czerwonym winem. Menu niezbyt bogate, a do tego raczej mało pożywne, choćby ze względu na niemal całkowity brak nabiału, warzyw i owoców… Pierwsze tygodnie były niezwykle ciężkie, mimo że mogłoby się wydawać, że Wrocław był miastem dobrze zaaprowidowanym – w zasadzie do września aprowizacja miasta odbywała się z wykorzystaniem stosunkowo pokaźnych wojennych poniemieckich zapasów zgromadzonych przed końcem wojny. Mimo to przez długi czas brakowało podstawowych produktów spożywczych.

Dwa wielkie samochody wypełnione żywnością, które wraz z prezydentem Bolesławem Drobnerem i jego grupą operacyjną dotarły do miasta 10 maja 1945 r., okazały się kroplą w morzu potrzeb. Do wykarmienia było nie tylko blisko 150-osobowa grupa pionierów, ale blisko 200 tys. przebywających w mieście Niemców i kilka tysięcy Polaków opuszczających obozy pracy przymusowej…

Aleksander Niżyński, naczelnik Wydziału Aprowizacji i Handlu w Zarządzie Miejskim Wrocławia, wraz ze swoją ekipą niemal natychmiast przystąpił do przeglądu miejskich magazynów. Okazało się, że zapasy żywności zgromadzone we Wrocławiu były dość pokaźne, kontrolowało je jednak wojsko radzieckie. Największe rezerwy znajdowały się w halach targowych oraz w elewatorze zbożowym na Różance. W porcie rzecznym znaleziono kilka tysięcy ton cukru, w młynach – mąkę i zboża, a w kilku magazynach – zapeklowane mięso. Do przejęcia magazynów i składów czasami dochodziło jednak już zbyt późno, okazywało się bowiem, że przed przedstawicielami władz miejskich do składów docierały bandy szabrowników, szukających nie tyle żywności, ile wartościowszych rzeczy ukrytych m.in. w workach z mąką.

Jedzenia poszukiwano wszędzie, gdzie tylko się dało. Każdy – niejednokrotnie z narażeniem życia – szukał na własną rękę. Penetrowano opuszczone domostwa i ruiny, przeszukiwano magazyny sklepowe. Z nadzieją przekopywano pola i ogródki, choć wiadomo było, że ze względu na trwające długo oblężenie miasta mieszkańcy okolicznych wsi nie zdążyli nic posadzić, nie było zatem czego zbierać. Były takie dzielnice, np. Biskupin, gdzie w piwnicach znajdowano duże zapasy zgromadzone przez niemieckich mieszkańców. Żywność tę zazwyczaj konfiskowano, pozostawiając mieszkańcom tylko niewielkie ilości na kilka tygodni, które miały im wystarczyć do czasu wyjazdu do Niemiec.

Przez długi czas podstawę wyżywienia stanowiły ziemniaki. „Ludzie nasi, karmieni marchwią i ziemniakami, padali z nóg” – pisał z rozgoryczeniem Stanisław Kulczyński. Bywały bardziej tragiczne tygodnie, szczególnie wtedy, gdy znacznie zmniejszono racje żywnościowe dla Niemców: „Znikały psy i koty, między innymi piesek mojej córeczki […]. Nasi niemieccy pracownicy wyjaśnili nam powód jego zniknięcia – posłużył za pieczyste. Niezagrożone były tylko szczury, które w tych warunkach mnożyły się w zastraszający sposób” – wspominała Janina Tuszkiewiczowa, jedna z pionierek.

W pierwszych powojennych tygodniach wbrew pozorom nie brakowało także mięsa, choć jak wspominał zajmujący się jego badaniem Stanisław Święch, „dziś [lata dziewięćdziesiąte XX wieku] na pewno takiego mięsa nie dopuszczono by do spożycia, ale wtedy innego nie było, a musieliśmy przecież jeść”. Skąd pochodziło to mięso? Oczywiście z niemieckich zapasów magazynowych, ponieważ na świeże w tamtym czasie nie można było liczyć. Popularnie nazywane było „rąbanką”. „Mięso peklowane, pozostające przez długi czas w magazynach, budziło zastrzeżenie nie tylko co do barwy, ale i zapachu. W porozumieniu więc ze służbą zdrowia, po przebadaniu makroskopowym i mikroskopowym oraz moczeniu w roztworze nadmanganianu potasu, przekazywano je do stołówki. Wspaniały kucharz gotował na tym mięsie doskonałą grochówkę, która wszystkim smakowała i którą przez tygodnie nas karmiono” – pisał Stanisław Święch, pomijając milczeniem obecność różnych żywych organizmów…

Równolegle z poszukiwaniem i zabezpieczaniem żywności kierowany przez Aleksandra Niżyńskiego Wydział Aprowizacyjny musiał zająć się zorganizowaniem stołówek, które lokowano – jak wspominali pionierzy – przy większych skupiskach polskich, obok warsztatów pracy lub w pobliżu miejsc zamieszkania. Jak twierdził Andrzej Jochelson, w pierwszych tygodniach w polskich stołówkach żywiło się około sześciu tysięcy osób, a w stołówkach niemieckich – prawie sto czterdzieści tysięcy osób. Ile w rzeczywistości wydawano posiłków, trudno ustalić, ponieważ szacunki są niekiedy dość rozbieżne.

Jedne z pierwszych polskich stołówek powstały przy dzisiejszych ulicach św. Macieja i Księcia Józefa Poniatowskiego, alei Jana Kasprowicza oraz na rogu Podwala i ulicy Świdnickiej. Swoje jadłodajnie sukcesywnie uruchamiała także Grupa Naukowo-Kulturalna. Pierwsza jej stołówka – funkcjonująca już od 10 maja – znajdowała się w mieszkaniach przy obecnej ulicy Księcia Józefa Poniatowskiego 25–27, gdzie mieściła się pierwsza siedziba prezydenta Bolesława Drobnera i szefa Grupy Naukowo-Kulturalnej, prof. Stanisława Kulczyńskiego.

Z czasem w poniemieckich barach i restauracjach zaczęto uruchamiać polskie restauracje. Doprowadziło to do sytuacji, w której jesienią 1945 r. zaczęło brakować tanich jadłodajni. Wtedy swoje placówki zaczął uruchamiać Caritas. Pierwsza „stołówka dla inteligencji”, jak wówczas mówiono, została zorganizowana w rejonie ulic Szewskiej i Kuźniczej. Niektórzy sądzą, iż mieściła się w kamienicy przy ul. Szewskiej 29 A, co jednak wydaje się mało prawdopodobne z uwagi na ogromne zniszczenia tego budynku. Możliwe, że Caritas swoją pierwszą stołówkę ulokował w budynku przy u. Kuźniczej 29 a, czyli w kamienicy, którą dziś zajmuje Kalambur. Posiłki wydawano w niej od 29 września 1945 r., w tym obiady codziennie od godziny 12.00 do 15.00. Za w miarę pożywną zupę trzeba było zapłacić 15 zł, za dwudaniowy obiad jarski 25 zł, a za obiad mięsny – 40 zł. Ceny wcale nie były niskie. Lokalni dziennikarze alarmowali w „Pionierze”, że stołówki nie powinny stanowić źródła dochodu, zatem ceny powinny oscylować w granicach kilku a nie kilkudziesięciu złotych.

Choć jak na tamte czasy mięsa w stołówkach było stosunkowo dużo, to jednak powszechny był inny problem: „[Stołówki] biedziły się nad sposobami, jakby rojącą się od robaków i cuchnącą peklowinę podać stołownikowi w takim sosie, ażeby mógł ją przełknąć z możliwie najmniejszym wstrętem. Oczyszczano ją więc wpierw szczotką ryżową, płukano w wodzie z dodatkiem hypermanganicum, lecz efekt takiego żywienia nie dał na siebie długo czekać. Szereg osób zapadło ciężko na zdrowiu, a jeśli wypadków śmiertelnych nie było, daje się to tylko wytłumaczyć znowu – uśmiechem losu. Muchy rozmnożone na trupach ludzkich i końskiej padlinie z okresu oblężenia miasta, żerujące na zapasach solonego wprawdzie, lecz mimo to wskutek ciepła już zepsutego mięsa w poniemieckich magazynach, atakowały w rojach jak pszczoły, nawet mieszkania, oblepiając okna i sprzęt czarną, ruchliwą masą” – relacjonowała Zofia Gostomska-Zarzycka. W związku z tym ciekawa i realistyczna wydaje się relacja jednego z członków Straży Akademickiej, Tadeusza Turczyńskiego z kolonii akademickiej Oporowo, który pisał: „Na obiad w stołówce Straży podają boczek poniemiecki, który przetrwał oblężenie Wrocławia. Dostajesz kawałek i patrzysz, czy się nie rusza. Cuchnie jak zaraza! Ale z musztardą – prima! Jadłem po dwie, trzy porcje, bo nie wszyscy mogą. Mają biegunkę”.

Oryginalny sposób radzenia sobie z dolegliwościami żołądkowymi po spożyciu nieświeżego mięsa wymyślił jeden z lekarzy – doktor Tadeusz Nowakowski, który nakazał podawanie niewielkiej ilości czerwonego wina do posiłków południowych. Skąd wino w menu pionierów? Doktor Tadeusz Nowakowski znał Wrocław jeszcze z czasów przedwojennych, dlatego podjął się niebezpiecznego zadania poszukiwania żywności w piwnicach zniszczonych kamienic, gdzie mieściły się duże restauracje. W jednej z takich piwnic natrafił na beczki z czerwonym winem, które postanowił przetransportować na teren klinik uniwersyteckich, gdzie mieściła się kuchnia dla pionierów Uniwersytetu i Politechniki. Odtąd, aż do wyczerpania zapasów, popijano przeterminowane i zepsute mięso kilkoma łykami cierpkiego wina. Jak przyznawał inny lekarz i pionier Andrzej Dzioba, korzyść była dwojaka: „napój ten służył nam nie tylko jako lekarstwo, lecz i gwoli rozweselenia”…

Kamilla Jasińska
starszy specjalista w Dziale Redakcja
Centrum Historii Zajezdnia

Michał Karczmarek
wrocławski przewodnik miejski
Via Vratislavia