26 listopada: Zaklęte rewiry Romana Wilhelmiego

Dokładnie 45 lat temu jesiennego dnia 26 listopada 1975 roku ruszyły przygotowania do premiery filmu Zaklęte Rewiry (1975) w reżyserii Janusza Majewskiego, która miała się odbyć następnego dnia w Polsce i w Czechosłowacji. Obok dopiero debiutującego w świecie filmowym Marka Kondrata w roli Romana Boryczko, uwagę przykuła drugoplanowa postać Roberta Fornalskiego, w którą genialnie wcielił się Roman Wilhelmi. Mało kto jednak pamięta, że aktor był związany z Wrocławiem dzięki pracy nad kilkoma kręconymi tutaj produkcjami, ot choćby Mniejsze Niebo (1980), gdzie główne sceny kręcono na Dworcu Głównym. Wiedząc o swojej śmiertelnej chorobie, to właśnie na deskach wrocławskiej Sceny Prezentacji Artystycznych, wcielając się w postać Sammy’ego w spektaklu Mały Światek Sammy Lee, postanowił pożegnać się z publicznością.

Roman Wilhelmi urodził się 6 czerwca 1936 roku w Poznaniu. Wychowywał się w dzielnicy Wilda, w rodzinie katolickiej bez jakichkolwiek tradycji aktorskich. Jego matka wspominała po latach, że o mały włos nie doszło do porodu w teatrze, kiedy była na przedstawieniu. Roman Wilhelmi często wspominał, że jego dzieciństwo było trudne ze względu na wojnę i spowodowane nią liczne przeprowadzki wraz z dwójką rodzeństwa. Może dlatego był trudnym i niesfornym dzieckiem. By ujarzmić kipiącą w nim energię, został przeniesiony do szkoły podstawowej z internatem Kolegium Kujawskiego księży salezjanów w Aleksandrowie Kujawskim. Można powiedzieć, że wyjazd do szkoły okazał się zbawienny dla młodego chłopaka. Właśnie tam, grywając w pierwszych sztukach, poczuł zamiłowanie do aktorstwa. Jak wspomina Wilhelmi w wywiadzie z Mają Wojnarowską Trzeba Mieć swój świat… w „Gazecie Robotniczej”: „W jednej z kapliczek w kościele zrobiono scenę. Ksiądz Siuda, który wspaniale śpiewał, a za palenie papierosów golił nam głowy na glac, potrzebował małego, lekkiego, łysego Chrystusika. Wsadzili mnie do kosza, nic nie kłamię, i przenieśli mnie z jednej kulisy w drugą. Ja pamiętam do tej pory szmer tamtej publiczności […]. Mogę więc śmiało powiedzieć, że na teatralną scenę wniesiono mnie […]. Od chwili kiedy usłyszałem ten szmer, wiedziałem już, kim chcę zostać”.

Po kilku latach spędzonych w Aleksandrowie Kujawskim nastoletni już Roman powrócił do Poznania, by ukończyć szkołę instruktorów ruchu amatorskiego (średnią szkołę teatralną oraz liceum). W trakcie nauki systematycznie chodził z rodziną do Teatru Wielkiego i operetki. Miejsca te ukształtowały młodego Romana Wilhelmiego. W wieku zaledwie piętnastu lat, nie pytając rodziców o zgodę, postanowił wystartować w konkursie recytatorskim poznańskiego radia. Konkurs wygrał, choć rodzice nie do końca byli w stanie uwierzyć piętnastolatkowi w to, jaki sposób wszedł w posiadanie radzieckiego aparatu fotograficznego marki Leica, który był nagrodą główną. Następnego dnia ojciec poszedł wraz synem do radia, aby wyjaśnić wątpliwości. Od samego dyrektora usłyszał wtedy, że chłopak ma niezwykły talent, którego nie można zmarnować.

Nie zmarnował więc. W 1954 roku Roman Wilhelmi przystąpił do eliminacyjnego egzaminu do szkoły aktorskiej, który zorganizowano w poznańskim Teatrze Wielkim. Mimo opuchlizny twarzy spowodowanej bólem zęba stanął na wysokości zadania i wyrecytował bezbłędnie fragment Grobu Agamemnona Juliusza Słowackiego, co utorowało mu drogę do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. Spośród wszystkich egzaminatorów nikt nie kwestionował jego talentu oprócz Adama Hanuszkiewicza, który uważał, że Wilhelmi jest za niski i powinien mieć ‒ jak na porządnego aktora przystało ‒ 190 cm wzrostu.

Opiekunami „rocznika 54” byli m.in. Aleksander Bardini, Aleksander Zelwerowicz i Janina Romanówna. Ten pierwszy, Aleksander Bardini, który był nieco apodyktycznej natury, co wywoływało strach wśród studentów, próbował ujarzmić buntowniczą naturę Romana Wilhelmiego. Zwykł z niego bardzo często żartować, zarzucając mu brak intelektu. Roman Wilhelmi był jednak lubiany na uczelni. Miał w sobie ten szelmowski wdzięk, jak wspomina koleżanka z rocznika – Iga Cembrzyńska. Pomimo presji profesorów szedł po swoje. Już na trzecim roku studiów (w 1956 roku) wystąpił w roli pazia w Skowronku Jeana Anouilha w reżyserii Bohdana Korzeniowskiego. Henryk Łapiński, oglądając sztukę, wspomniał po latach, że wyglądał zjawiskowo. Od razu w oczy rzucał się jego temperament, kiedy jako paź krzyczał na Ninę Andrycz, która już wtedy była „świętością narodową”.

Roman Wilhelmi ukończył studia w 1958 roku jako jeden z bardziej utalentowanych studentów. Debiutował wkrótce na scenie rolą Stanleya w Tramwaju zwanym pożądaniem Tennessee Williamsa w reżyserii Aleksandra Bardiniego, zaś jego debiut ekranowy stanowił film Krzyżacy Aleksandra Forda. Oczywiście nie sposób wymienić tutaj wszystkich filmów, w których zagrał, wielu widzom aktor będzie się kojarzył z pierwszą serią serialu Czterej Pancerni i Pies (1966), Zaklętymi Rewirami (1975), Karierą Nikodema Dyzmy (1979), ale też wspomnianym wcześniej na wstępie Mniejszym Niebem (1980), które jest trochę metaforą samotności w życiu prywatnym aktora. Artur Gutner (Roman Wilhelmi) postanawia uciec od bliskich i przyjaciół, aby zamieszkać w hotelu przy dworcu kolejowym (Dworzec Główny we Wrocławiu). Artur spędza tam całe dnie i zostaje dostrzeżony przez dziennikarza granego przez Jana Englerta. Dziennikarz coraz bardziej osacza Artura, co w finałowej scenie doprowadza do tragedii.

Roman Wilhelmi był wszechstronnym aktorem. Z ról komediowych należy przypomnieć postać dozorcy Anioła w serialu Alternatywy 4 (1983), która niczym w soczewce pokazywała realia społeczno-polityczne lat 80. XX wieku. Aktor nad tą rolą pracował bardzo solidnie, kazał sobie tłumaczyć znaczenie każdego słowa, aby odegrać ją lepiej. Poczucie pewności roli sprawiało, że miał energię by grać. „Był nie do powstrzymania” ‒ wspomina Marek Kondrat w książce biograficznej o Romanie Wilhelmim autorstwa Marcina Rychcika.

Znaną i powszechną praktyką Romana Wilhelmiego było dopisywanie we własnych kopiach scenariusza pojedynczych liter obok danych scen np. „P” i „O”, co oznaczało dosłownie: „przypierdolić” i „odpuścić”. Jak uważali inny aktorzy, nie można było do tego dodać nic, ponieważ był to dowód zawodowstwa i pełnego zaangażowania aktora w rolę.

Roman Wilhelmi był aktorem charyzmatycznym, grane przez niego postacie są charakterystyczne. W dużej mierze wynika to z ukierunkowanej na indywidualizm osobowości aktora. Umiał różnicować środki wyrazu poprzez swój zmysł interpretacyjny i pewną intuicyjność. Roman Wilhelmi zmarł po ciężkiej chorobie 3 listopada 1991 roku w Warszawie. Został pochowany na cmentarzu na Wilanowie.

Bibliografia:
Rychcik M., Roman Wilhelmi I tak będę wielki!, Oficyna Wydawnicza RYTM, Warszawa, 2004.
Hollender B., Od Wajdy do Komasy, Warszawa: Prószyński i S-ka, 2014.
Lubelski T., Historia kina polskiego 1895-2014, Universitas, Kraków 2016.
https://www.filmweb.pl/person/Roman+Wilhelmi-42788 (dostęp: 20 listopada 2020)

Piotr Wilkowski
specjalista ds. obsługi publiczności
Dział Obsługi Centrum Historii Zajezdnia