25 września: Szaber po wrocławsku

W celu ukróceniu szabru, czyli zjawiska organizowanego m.in. przez przedstawicieli urzędów i przedsiębiorstw z centralnej Polski, pełnomocnik Rządu na Okręg Administracyjny Dolnego Śląska wydał 25 września 1945 r. zarządzenie, na mocy którego osoby wywożące z miasta artykuły objęte zakazem lub udzielające pomocy przy wywozie miały być umieszczane w obozach pracy. W październiku Milicja Obywatelska zatrzymała we Wrocławiu zaledwie dziesięciu szabrowników. W stosunku do skali zjawiska było to śmiesznie mało... Na czym polegał szaber? Kim byli szabrownicy?

Dlaczego zatrzymano zaledwie dziesięciu szabrowników? Z jednej strony nie ma się co dziwić. Niska ówcześnie skuteczność organów władzy wynikała z generalnej słabości budujących się dopiero polskich struktur administracyjnych, a także tych odpowiedzialnych za zabezpieczenie ładu i bezpieczeństwa.

Szaber polegał na przywłaszczaniu mienia pozostawionego przez byłych niemieckich mieszkańców tych ziem, zarówno prywatnego, jak i należącego do przedsiębiorstw i instytucji. Wiązał się z niewyjaśnionym początkowo, przynajmniej do postanowień konferencji poczdamskiej w sierpniu 1945 r. statusem Ziem Zachodnich i Północnych, ambiwalentnym stosunkiem do nich polskich władz państwowych, ze słabym początkowo zasiedleniem i zagospodarowaniem tych terenów, poczuciem tymczasowości wśród przybyłych polskich osadników, często przemieszczających się w poszukiwaniu swojego miejsca.

Szabrownicy zorganizowani bywali w całe grupy przestępcze, które pozyskane w drodze przywłaszczenia dobra magazynowali najpierw w zajętych przez siebie lokalach, a później prowadzili masowy transport takich dóbr m.in. koleją do Polski centralnej, gdzie były z zyskiem sprzedawane. Kwitła przy tym korupcja wśród urzędników i milicjantów, którzy przymykali oczy na taki proceder. „Wyszabrowany” towar wywożono również ciężarówkami, a nawet wozami konnymi.

Wrocław zajmował na mapie powojennego szabru na Dolnym Śląsku miejsce szczególne. To tu, mimo zniszczeń wojennych znaleźć można było najwięcej dóbr do przywłaszczenia, ale także stąd wysyłano koleją wyszabrowane dobra dalej. We Wrocławiu znajdowały się również największe w regionie szaberplace, czyli miejsca dzikiego handlu wszystkimi deficytowymi dobrami, także tymi pochodzącymi z szabru. Największy z nich znajdował się w rejonie pl. Grunwaldzkiego [zob. Wrocławskie Historie z 30 czerwca „Smar, mydło i powidło, czyli wrocławski szaberplac”]. Szabrownicy nie przywłaszczali sobie wyłącznie mienia porzuconego. Potrafili brutalnie rabować także nowych właścicieli, zabierając siłą mienie osadnikom, czy też dewastować mienie komunalne. W szabrze uczestniczyli zresztą, w nierówny oczywiście sposób, niemal wszyscy osadnicy. Nie tylko przestępcy, ale i zwykli mieszkańcy przywłaszczający sobie nielegalnie porzucone dobra lub nabywające dobra niewiadomego pochodzenia na czarnym rynku. W szabru uczestniczyła nawet do czasu swego wysiedlenia ludność niemiecka, która w ten sposób próbowała poprawić swoją egzystencję.

Ponadto, a może przede wszystkim, problem polegał na tym, iż szabru w największym stopniu dokonywano na zlecenie i rozkaz centralnych instytucji rządowych i to nie tylko polskich, ale i sowieckich. Milicjanci mogli zatrzymać jakiegoś drobnego szabrownika, bez odpowiednich „pleców”, ale byli bezradni wobec ministerialnych kwitów legalizujących proceder lub sowieckich szyneli, będących rekomendacja samą w sobie. Potocznie szabrownicy kojarzyli się z nieogolonymi, cuchnącymi nierzadko bimbrem bandytami. Tymczasem obok takich osobników szaber uprawiali też m.in. wydelegowani przez przedsiębiorstwa pracownicy, którzy przybywali w poszukiwaniu poniemieckich urządzeń przemysłowych, czy elementów wyposażenia.

Władze państwowe zdawały sobie sprawę ze szkodliwości szabru, strat jakie państwo, społeczeństwo i gospodarka ponosiły w wyniku tego procederu i podejmowały szereg działań w celu jego eliminacji. Ich skuteczność w pierwszych powojennych latach była jednak ograniczona. Zjawisko szabru zanikło stopniowo dopiero w końcu lat 40., choć nie ustał wówczas proceder rabunkowej eksploatacji Ziem Zachodnich i Północnych. Wrocław jeszcze długo musiał czekać, nim władze ostatecznie uznały miasto w rzeczywistości za „własne”.

dr Krzysztof Popiński
historyk
Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu