24 grudnia: „Gwiazdy nad ruinami”, czyli pierwsze powojenne święta

W wigilijny poniedziałek 24 grudnia 1945 roku Wrocław zasypany był śniegiem, dzięki czemu pełne gruzów miasto nie wyglądało tak przygnębiająco. Na tle świątecznego gwaru i chaosu radość z pierwszych powojennych świąt Bożego Narodzenia mieszała się z przygnębieniem i tęsknotą za utraconymi bliskimi i domami pozostawionymi gdzieś daleko... Na ulicach i w kościołach słychać było polskie kolędy, w teatrach wystawiano polskie sztuki, a w poniemieckich domach nowi mieszkańcy przyozdabiali choinki poniemieckimi dekoracjami pozostawionymi przez wyjeżdżających w pośpiechu Niemców... Jak wyglądało pierwsze po wojnie Boże Narodzenie w polskim Wrocławiu? Czego brakowało, a czego było pod dostatkiem? Jak spędzano wigilijny wieczór?

Pierwsza zima w powojennym Wrocławiu nie była łatwa. W mieście przebywało jeszcze wielu Niemców, wciąż napływały transporty repatriantów, występowały problemy z aprowizacją, a miasto nadal pełne było ruin. Mimo to życie powoli się normalizowało. W grudniu 1945 roku Wrocław zasypany był śniegiem, dzięki czemu pełne gruzów i wypalonych ruin ulice za dnia nie wyglądały przygnębiająco, a w nocy i tak tonęły w ciemnościach. W czasie świąt na ulicach i w kościołach słychać było polskie kolędy, w teatrach wystawano polskie sztuki.

Pierwsza wigilia po II wojnie światowej przypadła w poniedziałek. Choć stoły nie były suto zastawione, święta były bowiem bardzo skromne, to na pewno wrocławskie Boże Narodzenie w 1945 roku było radośniejsze niż to rok wcześniej. W świątecznym wydaniu „Pioniera. Dziennika Dolno-Śląskiego” (sic!) 23 grudnia pojawił się artykuł zatytułowany Gwiazdy nad ruinami. Autor z nostalgią pisał: „Nad zrewindykowanym już prawie w zupełności dla Polski Wrocławiem zabłyśnie gwiazda wigilijna. [...] Ruiny ożyją, rozjaśnieją tysiącami wigilijnych świateł w polskich wrocławskich domach w dzień pierwszej polskiej wigilii na dawnej polskiej ziemi. Zajaśnieje symboliczny plac Wolności, nad potężnym gmachem Zarządu Miasta biało-czerwony sztandar i biały orzeł. Tutaj stanęła pierwsza ekipa wrocławska, by złożyć zręby pod organizację życia miejskiego. [...] Padnie snop promieni i na ulicę Szajnochy, na gmach Biblioteki Uniwersyteckiej, bo i tam jeszcze wśród huku walących się gmachów Grupa Naukowa i Kulturalna zaczęła swą żmudną pracę, która trwa po dzień dzisiejszy. Tutaj powstał zalążek dzisiejszych najwyższych uczelni wrocławskich. [...] Oto w ruinach powstało nowe życie: pełne, ruchliwe, prężne, twórcze, zrodzone z chaosu, improwizacji i szukania. Życie dzień w dzień normalizujące się i utrwalające”.


Świąteczna ilustracja ze „Słowa polskiego” z 1946 roku


Co prawda życie w polskim Wrocławiu powoli się normalizowało, ale wigilijno-świąteczne wieczory nie wyglądały tak jak przed wojną w polskich domach np. we Lwowie. Choinki, ozdoby świąteczne, stół nakryty białym obrusem, pod którym ułożono sianko i czosnek, a na stole opłatek, dwanaście potraw… W niewielu wrocławskich domach tak było. Z tego okresu zachowały się jedynie okruchy wspomnień, ale z nich wyłania się jeden obraz: radości z pierwszej Wigilii w wolnej Polsce.

Brakowało wszystkiego, począwszy od chleba. Kilka dni przed Wigilią „Pionier” donosił, że zgodnie z zapewnieniem Miejskiego Urzędu Aprowizacyjnego ludność polska otrzyma przed świętami żywność wydawaną na kartki: 2 kg mąki, 2 kg grochu, 1 kg marmolady, pół kg cukru i 100 g kawy ziarnistej. Mieszkańcom przysługiwało także 200 g proszku do prania. Zarząd Miejski starał się ponadto zapewnić odpowiedni przydział chleba, sprowadzając do Wrocławia dostępne w okolicy ilości zboża, ale gwarancji nie dawał. Jeszcze 20 grudnia nie było wiadomo, czy przed świętami będzie wydawane mieszkańcom Wrocławia mięso – główną przeszkodą był brak odpowiednich środków transportowych. Mimo to każdy radził sobie tak, jak mógł, i starał się też pomóc innym.

W połowie grudnia we Wrocławiu pojawiły się afisze informujące o akcji „Gwiazdka dla żołnierza”. Pod hasłem „Żołnierz dla społeczeństwa – społeczeństwo dla żołnierza” zbierano pieniądze oraz dary w naturze: ciepłą bieliznę, swetry, skarpety itp. Dary można było przynosić do trzech punktów w mieście: do Urzędu Informacji i Propagandy przy pl. Teatralnym 1, do urzędu parafialnego przy pl. Georga Bendera 4 (obecnie pl. Stanisława Staszica) oraz do sekcji kobiecej Polskiej Partii Socjalistycznej przy ul. Pomorskiej 15. Zbiórka pieniężna prowadzona była od 18 grudnia we wszystkich instytucjach, przedsiębiorstwach i sklepach na terenie miasta, a w niedzielę 23 grudnia kwestę prowadzono także na ulicach. Równolegle w całym województwie odbywała się akcja „Gwiazdka dla żołnierzy i ich rodzin”, w której jako wyraz wdzięczności wobec polskich i radzieckich żołnierzy miały być przekazywane im dary. Można było także ofiarowywać pieniądze i kupować specjalnie na tę okazję przygotowane pocztówki.

W czasie pierwszego polskiego Bożego Narodzenia we Wrocławiu nie zapomniano także o dzieciach. Społeczno-Obywatelska Liga Kobiet zorganizowała gwiazdkę dla dzieci robotniczych. Dzień przed wigilią w niedzielę 23 grudnia w Teatrze Miejskim (obecnie gmach Opery przy ulicy Świdnickiej), zaraz po okolicznościowym koncercie, dzieciom rozdano paczki świąteczne. Ponadto dla najmłodszych Teatr Miejski wystawił przedstawienia baletowe. Z okazji zbliżających się świąt Dyrekcja Okręgu Poczt i Telegrafów we Wrocławiu przygotowała specjalne kartki widokowe, drukowane bilety wizytowe oraz kartki świąteczne z nadrukowanymi życzeniami, pozdrowieniami i podziękowaniami. Kartki takie były sprzedawane w cenie 50 groszy za sztukę.

Ferie bożonarodzeniowe we wszystkich szkołach rozpoczęły się w piątek 21 grudnia. Na Uniwersytecie i Politechnice we Wrocławiu przerwa świąteczna – decyzją senatu akademickiego – zaczęła się nieco wcześniej, już 19 grudnia, i miała potrwać do 3 stycznia. Lokalna prasa publikowała wiele drobnych ogłoszeń, wśród nich liczne życzenia świąteczne, np. od właścicieli sklepów czy zakładów fryzjerskich. Były również reklamy, np. „Znakomite wyroby »Suchard« [słodycze] najlepszym podarunkiem na gwiazdkę” oraz „Jeśli na Gwiazdkę – to tylko w »Okazji«. Dom handlowo-komisowy, ul. Ogrodowa 50, gdzie tanio nabędziesz wszelkiego rodzaju przedmioty użytku i luksusu”. W prasie ogłaszała się m.in. cukiernia „Hanka”, mieszcząca się przy ul. Marszałka Józefa Stalina 66 (obecnie ul. Świdnicka), która od 17 grudnia przyjmowała zamówienia na pieczywo świąteczne.

W czwartek 20 grudnia do Wrocławia dotarł transport choinek. Sprzedawano je na kilku działających w tamtym czasie placach targowych w mieście. Świąteczne drzewka przyozdabiano przeważnie znalezionymi na strychach poniemieckimi ozdobami, świeczkami i watą. Zdarzało się, że ręcznie robione przedwojenne cacka choinkowe wzmagały i tak już nieustające poczucie obcości. „Mogliśmy ubrać choinkę znalezionymi na strychu ozdobami. Gdyby to były bombki szklane, pewnie przystroiłabym nimi nasze drzewko, ale znalezione ozdoby, poukładane z pietyzmem w specjalnym pudle, okazały się zabawkami ręcznej roboty. Jakieś pająki i figury geometryczne artystycznie zrobione ze słomki, sznury z kolorowej bibułki, wydmuszki z jajek, wszystkie miały w sobie coś osobistego, coś dla mnie obcego i nie chciałam ich widzieć na naszej choince” – pisała w dzienniku Joanna Konopińska, studentka historii na Uniwersytecie Wrocławskim.

Poczucie obcości i tymczasowości było czymś, co nieustannie towarzyszyło nowym wrocławianom. Od momentu przybycia nie przywiązywali się do nowego miejsca, wciąż bowiem liczyli na to, że są tu tylko na chwilę. Żyli na walizkach. Czuli się niepewnie w poniemieckim mieście i przez długi czas nie traktowali go jak swojego. Świadczą o tym praktykowane w niemal we wszystkie dni wolne od pracy „ucieczki” z niego. Czasu wolnego nie poświęcano na spacery po okolicy i poznawanie Wrocławia, tylko wyjeżdżano w głąb kraju, np. do rodziny. Tak było także podczas dnia Wszystkich Świętych, kiedy masowo wybierano się w podróż na groby bliskich poza Wrocław, oraz w czasie pierwszych świąt Bożego Narodzenia. Znaczna część z blisko 50 tys. przebywających w połowie grudnia 1945 roku nowych osadników wyjechała na święta w głąb Polski. Joanna Konopińska, która wybrała się do rodziny mieszkającej w miejscowości Panienka, w dzienniku pod datą 27 grudnia 1945 roku zapisała: „Wigilia w tym roku wypadała w poniedziałek. Tydzień wcześniej ukazało się na tablicy ogłoszenie, że 24 grudnia jest dniem wolnym od pracy. W sumie uzbierały się więc cztery wolne dni. Kto żyw w mieście szykował się do wyjazdu. Na dworcu Wrocław-Odra [Nadodrze] przewalały się tłumy ludzi z tobołami i walizami, widocznie każdy wrocławianin chciał zawieść jakiś prezent z »Dzikiego Zachodu« swojej rodzinie czy znajomym. […] Na święta pozostali we Wrocławiu prawie sami Niemcy […], bo my, Polacy, woleliśmy świętować wśród swoich”.

Ci, którzy zdecydowali, że zostaną, organizowali sobie kolację wigilijną wśród najbliższych. Trafnie i bardzo obrazowo opisano to w świątecznym wydaniu „Pioniera”: „Tu Warszawiak gromadzi około siebie rodzinę, tam samotny jeszcze Lwowiak tęskni do błądzącej po świecie rodziny, Krakowianin rozpoczął łamanie opłatka, a tam dalej Stanisławowianin, który niedawno tu repatriował, szczęśliwy z rodziną przygarnął do siebie na wigilię samotnego Wołyniaka, Poznaniacy zaprosili samotnego akademika z Wilna. I tak wymieszała się tu cała Polska. [...] Błądzi wigilijny płomień wśród polskich rodzin, rozjaśnia oblicza, budzi wspomnienia niedawnej koszmarnej przeszłości, tęsknoty za bliskimi i sieje radość, że złe mija, że się jest już u siebie w wolnej ojczyźnie”.

Pionierzy wrocławskich uczelni, czyli członkowie Grupy Naukowo-Kulturalnej, święta spędzali w rodzinno-przyjacielskim gronie. Niektórzy w swoich domach na Karłowicach, Sępolnie czy Oporowie, a inni w hotelu „Mirus” na uniwersyteckich klinikach. Kierująca nim wówczas Janina Tuszkiewiczowa, sekretarka rektora Stanisława Kulczyńskiego, pisała po latach: „Pobyt w »Mirusie« wszyscy wspominają serdecznie i z wielkim sentymentem. Pierwsza wigilia we Wrocławiu wspólnie spędzona w »Mirusie« pozostała dla wszystkich niezatartym wspomnieniem”. Wydaje się, że to właśnie im towarzyszyły nieco inne uczucia niż pozostałym mieszkańcom miasta. Oni nie przybyli do Wrocławia pod przymusem, ale dobrowolnie, a do tego mieli jasno określony cel – odbudować, a właściwie utworzyć od nowa we Wrocławiu życie naukowe. Gdy siadali do wigilijnego stołu, uczelnie już działały od 15 listopada, mieli się więc z czego cieszyć, choć nadal było przed nimi wiele pracy. Jednak ta misja była tym, co przywiązało ich do miasta, dlatego czuli się w nim nieco inaczej niż ci, którzy zostali tu przesiedleni wbrew własnej woli.

W wigilię i dwa świąteczne dni msze i nabożeństwa odbywały się w piętnastu kościołach i kaplicach we Wrocławiu. Oprócz religijnego kwitło życie kulturalne, obfitujące w okresie świątecznym w liczne wydarzenia. Mimo zniszczeń i uszkodzeń w mieście ocalał (jedyny) gmach niemieckiego Teatru Miejskiego (obecnie Opera). To tam już od czerwca odbywały się rozmaite wydarzenia artystyczne: od akademii i przedstawień po koncerty kameralne i symfoniczne. Nie inaczej było w grudniu. Ci, którzy zdecydowali się spędzić święta we Wrocławiu, mogli udać się 25 i 26 grudnia do Teatru Miejskiego na sztukę I co z takim robić?. Jak podawała prasa, tę pełną humoru komedię ze świetną artystką scen polskich Jadwigą Zaklicką oraz z autorem, który również sztukę reżyserował – Romanem Niewiarowiczem, dyrektor teatru Teofil Trzciński przygotował zamiast oficjalnego przedstawienia inauguracyjnego, gdyż jeden z głównych aktorów zachorował. Sztuka Roaman Niewiarowicza, będąca trzyaktową komedią, grana była przed wojną na wielu scenach w Polsce. Jej wystawienie w czasie świąt we Wrocławiu miało umilić czas nowym mieszkańcom tego miasta. Odrębny „Wielki Program Świąteczny” przygotował Teatr Ludowy przy ul. Ogrodowej 53 (obecnie ul. Marszałka Józefa Piłsudskiego; w miejscu nieistniejącego teatru stoi dziś hotel) – niewielki teatrzyk rewiowy z małą sceną, znacznie uszkodzony i wyremontowany jedynie prowizorycznie (brakującą ścianę zastąpiono konstrukcją z dykty). Mimo to sala teatralna była dobrze ogrzana, informował o tym nawet afisz. W przedstawieniu Szczęście w koszu grali nowo zaangażowani artyści warszawscy, a na scenie wystąpiła orkiestra pod batutą Adama Stefańskiego. Przedstawienie, zorganizowane przez Zrzeszenie Artystów Cyrkowych i Widowiskowych, wystawiane było dwukrotnie zarówno pierwszego, jak i drugiego dnia świąt.

Dziesięć lat później

Pierwsze powojenne święta zapadły w pamięć wszystkim nowym mieszkańcom Wrocławia – były wyjątkowe, bo pierwsze po wojnie, pierwsze w nowym, a do tego obcym miejscu, pierwsze w nowym towarzystwie, bo bez bliskich, którzy zginęli w czasie wojny. W kolejnych latach, w miarę jak sytuacja we Wrocławiu normalizowała się, a nowi mieszkańcy oswajali się z obcym sobie miastem, także i święta spędzano w innej atmosferze. Z czasem skończyły się masowe ucieczki z miasta, bo ludzie zaczęli zapuszczać we Wrocławiu korzenie i to do nich przyjeżdżała rodzina z innych części Polski.

Dziesięć lat po wojnie święta Bożego Narodzenia wyglądały już zupełnie inaczej. Inaczej wyglądało odgruzowane miasto, które funkcjonowało już w zupełnie inny sposób niż w pierwszych miesiącach po wojnie. Inna była także sytuacja polityczna, która nie pozostawała bez wpływu na świętowanie. Jak podawała w grudniu 1955 roku wrocławska prasa, do placówek handlowych na terenie miasta w związku ze świętami Bożego Narodzenia skierowano „80 ton karpia, 110 ton cukierków, 40 ton szynki i 45 ton pomarańczy”. Przez cały okres istnienia PRL i funkcjonowania wygenerowanej przez nią „gospodarki niedoborów” nie udało się rozwiązać braków w zaopatrzeniu w podstawowe towary, łącznie z żywnością. Takie były skutki zastąpienia mechanizmów rynkowych przez centralne planowanie i zarządzenie upaństwowioną gospodarką. Aby poprawić nieco nastroje społeczne, próbowano tę sytuację poprawić chociaż w wybranych okresach, jak np. w czasie świąt. Dokonywano wtedy zwiększonych zakupów towarów importowanych oraz uruchamiano rezerwy strategiczne państwa i „rzucano” je – jak wówczas mówiono – do sklepów. Prasa i telewizja z napięciem donosiły o zbliżających się do polskich portów statków z kubańskimi cytrusami i innymi dobrami, odnotowywano skrupulatnie tonaż skierowanych do sprzedaży wędlin, słodyczy i innych niedostępnych na co dzień „luksusów”. Paradoksalnie jednak sukces propagandowy takich akcji, wynikający z przedstawienia władzy jako siły troszczącej się o społeczeństwo oraz skutecznie zaspokajającej jego potrzeby, podważany był przez refleksję – dlaczego tych towarów nie ma w handlu w dzień powszedni. Zresztą „świąteczne” zakupy też dokonywały się w bardzo długich kolejkach, tak charakterystycznych dla okresu PRL.

Kamilla Jasińska
p.o. kierownika Działu Redakcja
Centrum Historii Zajezdnia

dr Krzysztof Popiński
historyk
Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu

O świętach w 1945 roku za: Kamilla Jasińska, W ogniu i w gruzach. Uniwersytet Wrocławski w latach 1945–1946. Inne spojrzenie, Wrocław 2020.