22 października: Powojenna walka z analfabetyzmem

Tydzień Walki z Analfabetyzmem, który rozpoczął się 22 października 1950 roku, był tylko jednym z elementów szeroko zakrojonej akcji „w celu likwidacji analfabetyzmu, będącego spuścizną rządów burżuazji i obszarnictwa”. Władze komunistyczne niosły kaganek oświaty wszystkim, którzy nie mieli do tej pory szans nauczyć się pisać i czytać. Chłopi i robotnicy, otrzymawszy od Polski Ludowej ten wielki dar, całkowicie zmieniali swoje życie i w końcu mogli w pełni brać udział w życiu społecznym i politycznym. A przynajmniej takie było założenie.

Rzeczywistość odbiegała jednak od tego idealnego obrazu. Kiedy w październiku 1950 roku ogłoszono Tydzień Walki z Analfabetyzmem, akcja rejestracji osób niepiśmiennych i organizacji kursów edukacyjnych trwała już wiele miesięcy. Rozpoczęto ją na podstawie Ustawy z dnia 7 kwietnia 1949 roku o likwidacji analfabetyzmu powołującej do życia urząd Pełnomocnika Rządu do Walki z Analfabetyzmem, którym został Stefan Matuszewski. Ta sama ustawa tworzyła również Główną Komisję Społeczną do walki z analfabetyzmem, a także jej jednostki terenowe – komisje wojewódzkie, powiatowe i gminne.

Z dzisiejszej perspektywy cała sprawa wydaje się odległa – analfabetyzm nie jest problemem spędzającym sen z powiek komukolwiek we współczesnej Polsce. Zupełnie inaczej było jednak w początkach PRL-u. Przez znaczącą część historii naszego kraju umiejętność czytania i pisania była bowiem elementem elitarnego wykształcenia. Powojenne państwo polskie zderzało się z jednym z największych problemów II RP – według przedwojennych danych bowiem ok. 30% mieszkańców Polski było analfabetami. Kwestia niepiśmienności była uznawana nie tylko za problem indywidualnych umiejętności poszczególnych osób, wręcz przeciwnie – uważano ją za kwestię państwową, ponieważ walka z analfabetyzmem była traktowana jak walka z ciemnotą i zacofaniem, której przeciwnikiem mógł być tylko wróg klasowy. Edukacja jest najlepszą formą propagandy, państwo chciało dzięki niej przejąć władzę nad językiem społeczeństwa. Ponadto – zwłaszcza na Ziemiach Odzyskanych – walka z analfabetyzmem miała także inny wymiar. W ramach nauki dla dorosłych organizowano kursy repolonizacyjne oraz naukę czytania i pisania dla ludności miejscowej. Wykształcone w odpowiednim duchu społeczeństwo tych terenów miało być kolejnym dowodem na szybkie i skuteczne wcielenie tych ziem do Macierzy.

Przede wszystkim jednak należało zarejestrować jak największą liczbę analfabetów – potrzebne były konkretne nazwiska, społeczne komisje do walki z analfabetyzmem ruszyły więc w Polskę. Pierwsze wyniki były bardzo niezadowalające, liczba osób zarejestrowanych była cztery razy mniejsza niż szacowano. Członków komisji oskarżano o opieszałość i postulowano większą kontrolę rejestracji i zaostrzenie walki z analfabetyzmem. Prasa nawoływała do zaangażowania w akcję każdej instytucji pożyteczności publicznej, od urzędów pocztowych po banki – dane zdemaskowanego analfabety miały być niezwłocznie przekazane odpowiednim organom.

Atmosfera „łowów” sprawiła, że akcja spotkała się ze zrozumiałą niechęcią społeczeństwa. Nieufność wobec władzy była spowodowana m.in. obawami o przymusowe wcielanie do kołchozów osób zapisywanych na listy czy późniejsze wymaganie opłat za naukę czytania i pisania. Stąd też znajdowano wiele sposobów na oszukiwanie członków komisji. Sposobami na potencjalne odsunięcie od siebie konieczności umieszczenia na liście było zapisywanie się do biblioteki lub zasłanianie się chorobą psychiczną (osoby upośledzone były bowiem zwolnione z nauki). Ponieważ jednym z najpopularniejszych testów było napisanie swojego imienia i nazwiska, masowo uczono się też właśnie tylko swojego podpisu. Jednak i to nie zawsze działało, zdarzały się bowiem sytuacje, w których osoby z bardzo niewyraźnym charakterem pisma również były kwalifikowane jako analfabeci, dlatego na listach można było znaleźć chociażby studentów czy magistrów farmacji. Jeśli nie było więc innej rady, uciekano się do ukrywania się lub szczucia psami niepożądanych gości z komisji.

Problemy nie kończyły się jednak na etapie rejestracji – osoby, które z oporem dały się zapisać na listę, nie chciały później uczęszczać na zorganizowane specjalnie dla nich zajęcia. Wielu zarejestrowanych nigdy nie podjęło nauki lub po prostu przerwało ją w trackie, mimo starań aby tak się nie stało. Władze każdym dostępnym sposobem próbowały zachęcić osoby niepiśmienne do udziału w lekcjach. Zapewniały rozbudowaną opiekę społeczną, możliwości zakupów bez kolejek w sklepach, łatwiejszy dostęp do produktów pierwszej potrzeby, opiekowanie się dziećmi w trakcie nauki, organizowanie indywidualnego nauczania dla matek z małymi dziećmi, zapomogi pieniężne i wiele, wiele innych. Jeśli pozytywne formy motywacji nie działały, stosowano bardziej dotkliwe – nakładano grzywny, wstrzymywano wydawanie odzieży, pozbawiano wczasów czy wydalano ze związków zawodowych. Oficjalnie państwo było jak najdalsze od stosowania przymusu lub przemocy, słaba frekwencja na kursach mogła jednak nawet zwrócić uwagę UB.

Tydzień Walki z Analfabetyzmem w roku 1950 miał być przejściem do ofensywy w obliczu wszystkich napotykanych problemów. Miał on doprowadzić do mobilizacji społeczeństwa przed kampanią jesienno-zimową, kiedy to według instrukcji zawartych w okólniku Rady Państwa z 6 października 1950 roku „winno być zorganizowanych ponad 400.000 kursów i zespołów nauczania początkowego, na których uczyć się będzie ponad 600 000 analfabetów”.

Ostatecznie ten wielki wysiłek zakończył się 21 grudnia 1951 roku, w urodziny Stalina. Przez trzy lata pracy kursy ukończyło ponad 600 tys. analfabetów i półanalfabetów z zarejestrowanych ok. 1,4 mln. Prasa wiele miejsca poświęcała na publikowanie życiorysów i listów od osób, które dzięki posiadanej umiejętności pisania i czytania zaczęły odnosić sukcesy życiowe i zawodowe, rozpoczęły wielkie i brawurowe kariery. Rzeczywistość miała się jednak zgoła inaczej – sprawozdania Pełnomocnika Rządu nie pozostawiały złudzeń co do powodzenia akcji. Analfabetyzmu nie udało się zlikwidować w całości, propagandowa akcja powiodła się tylko częściowo i – jak najwyraźniej uznano – nie należało do tego tematu wracać.

Marta Kopiniak
przewodnik w Centrum Historii Zajezdnia