20 listopada: Nowy, socrealistyczny Wrocław?

„Fabryka z gruzów znów wyrosła... / Żelazną wolą, pracą swoją, / Lud polski dźwiga wolny Wrocław, / miasto przyjaźni i pokoju...”. Tak w swoim socrealistycznym wierszu Wrocław lat 50. XX wieku odbudowywał poeta Lubomir Dmytrenko. Miasto wciąż jednak przypominało raczej pobojowisko niż wielki plac budowy monumentalnych realizacji w duchu architektury radzieckiej, która od 1949 roku obowiązywała w architekturze. „Gazeta Robotnicza” w listopadzie 1953 roku donosiła, że „tylko z jednego odcinka naprzeciw »kina Warszawa« wydobyto w ciągu 14 dni 56 tysięcy cegieł”. Kilka dni później z placu Kościuszki wywieziono „60 tys. metrów sześciennych, a łącznie odtransportowano 200 tys. metrów gruzowiska”. Kilka dni później ta sama apelowała również o podjęcie dyskusji na temat architektonicznego charakteru miasta nad Odrą. Jak ocenić ten etap odbudowy i budowy miasta? Czy socrealizm odcisnął na nim swoje piętno?

Architektura, podobnie jak inne dziedziny związane z twórczością, stały się, jak określiła Agata Gabiś „pochodną ustroju” komunistycznego, który kilka lat po zakończeniu wojny utrwalił się w Polsce. Paradoksalnie jednak w mieście nad Odrą do realizacji wielkich narodowych form nie doszło właśnie z powodów politycznych.

Moda na Wrocław, która zaistniała wraz z Wystawą Ziem Odzyskanych (1948 rok), szybko się skończyła. Zmalało również zainteresowanie regionem ze strony władz centralnych, zwłaszcza po likwidacji Ministerstwa Ziem Odzyskanych. Wydawało się, że po podpisaniu w 1950 roku pomiędzy Polską a NRD układu o uznaniu granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej położenie polityczne regionu znacznie się poprawi. Była to jednak tylko teoria. Nadal brakowało konkretnych działań ze strony Warszawy i wskazania źródeł finansowania. Ostatnim gwoździem, nomen omen, do socrealistycznej trumny był fakt, że nowi wrocławscy architekci – ci z konieczności i ci z wyboru – nie interesowali się socrealizmem. „Kadra, składająca się z indywidualistów, którzy mieli swoje zdanie na temat tego, czym jest architektura narodowa w formie, nie narzucała studentom jednej wizji architektury”; Agata Gabiś pisze wprost, że napływowa kadra stanowiła swoisty „klosz ochronny” wrocławskiej architektury: „Pewna izolacja Wrocławia i niewielkie zainteresowanie władz centralnych spowodowały, że we wrocławskim środowisku architektonicznym nie było takich nacisków i ideologicznych sporów jak w stolicy”.

Zmiany miały nadejść w 1952 roku. „Oficjalna decyzja o odbudowie miasta i intensyfikacji prac budowlanych w centrum została podjęta dopiero w grudniu 1952 roku po obietnicy złożonej w programie Frontu Jedności Narodu” – pisze badaczka. W tym czasie od ponad pół roku budowano już warszawski Pałac Kultury i Nauki, a pół roku wcześniej z pompą otwarto Marszałkowską Dzielnicę Mieszkaniową (MDM), o której Chór Czejanda i Zespół Instrumentalny Polskiego Radia zdążyli nagrać piosenkę. Wrocław pozostawał daleko w tyle.

18 listopada 1953 roku „Gazeta Robotnicza” zorganizowała debatę nad odbudową Wrocławia. Konsultant planu odbudowy prof. inż. Piotr Zaręba mówił jasno: „Nowy, socjalistyczny Wrocław powinien mieć dzielnicowe domy kultury, dzielnicowe kina, dzielnicowe żłobki, przedszkola, ośrodki zdrowia itd.”. Priorytetem pozostawały jednak mieszkania.

Plan przygotowany w latach 1953–1956 zakładał budowę dużej liczby mieszkań na terenie Starego Miasta, w okolicach ulic Tadeusza Kościuszki i Karola Świerczewskiego (dziś ul. J. Piłsudskiego). Dziennikarz „Słowa Polskiego” entuzjastycznie relacjonował: „Na tereny budowy przy ul. Świerczewskiego wkroczyły trójki murarskie, które wznoszą mury piwniczne przyszłych gmachów”. W ciągu dwóch lat powstało tam również kilkanaście budynków usługowych. W tym samym roku rozpisano konkurs na zabudowę placu Kościuszki (Kościuszkowska Dzielnica Mieszkaniowa), który miał być odpowiednikiem warszawskiej MDM. Stare Miasto miało stać się dzielnicą mieszkaniową. „Za historyzującymi fasadami kryją się więc spółdzielcze mieszkania, a gęsto zabudowane przed wojną podwórza zamienione zostały w zielone podwórka z placami zabaw i garażami” – pisze Agata Gabiś.

Z jednej strony widać więc, że w mieście brakowało konkretnego, całościowego planu wizjonerskiej odbudowy w duchu socrealistycznym. Z drugiej zaś wydaje się, że nie było dla niego miejsca. Socrealizm nie odcisnął na Wrocławiu takiego piętna, jak w Warszawie czy Katowicach także z powodu braku czasu. Z urodą i wielkością MDM czy Nowej Huty mogłyby się równać jedynie plany zabudowy Osi Grunwaldzkiej oraz budowa Nowego Uniwersytetu Wrocławskiego. W rozpisanych konkursach zaznaczono, że prace muszą odpowiadać wytycznym socrealizmu. Planów tej budowy nigdy jednak nie zrealizowano. Na architektonicznym horyzoncie zaczęła pojawiać się odwilż, ale i nacisk na realizację norm i konieczność oszczędzania.

Pole do socrealistycznego popisu zagospodarowali jednak wrocławscy poeci. W duchu podobnym do wiersza Lubomira Dmytrenki Urszula Kozioł w 1953 roku pisała: „Nasze miasto tętni co raz większym życiem / w naszym mieście z każdym rokiem fabryk co raz więcej / W Rynku rosną zręby nowych kamieniczek / Zamiast ruin będą place i zieleńce / Nasze ręce, polskie ręce wzwyż dźwigają / Piękne miasto, nasze z dawnych zwalisk. / Pamiętasz? – mówili – kamień na kamieniu... / mówili za ciężko. Nie poradzą / A my wczoraj Warszawę, dziś Wrocław / Bo umiemy ramię przy ramieniu / Bo umiemy wszyscy razem / Bo nam droga ziemia dolnośląska.

Literatura:
Agata Gabiś, Całe morze budowania. Wrocławska architektura 1956–1970, Wrocław 2018.
Jakub TYszkiewicz, Kalendarium Wrocławia, t.2 : 1951–1955, Wrocław 2001.

dr Joanna Hytrek-Hryciuk
historyczka
History in progress