17 listopada: Zaczęło się od omnibusów – 180 lat komunikacji miejskiej we Wrocławiu

„Gdzie wrocławianin nawet się jeszcze nie zamierzył, tam berlińczyk już dawno był” – mawiano w XIX wieku, by podkreślić, jak dalece pruska stolica wyprzedzała śląską. Ale w jednym wypadku Wrocław dotrzymał kroku Berlinowi. W obu tych miastach w tym samym roku uruchomiono omnibusowe linie miejskie. Taki był początek transportu zbiorowego w Niemczech, taki był początek i we Wrocławiu, w którym 17 listopada 1840 roku na ulice wyjechały pierwsze omnibusy. Kto otworzył pierwsze połączenia omnibusowe i na jakich trasach? Czy cieszyły się one powodzeniem? Jak wyglądały pierwsze konne omnibusy?

„Dla wygody publiczności na próbę od 17 listopada codziennie, z wyłączeniem niedziel, od godziny 8.00 rano do godziny 7.00 wieczorem nieprzerwanie kursować będzie jeden omnibus z Wielkiego Cmentarza przed Bramą Mikołajską przez ul. św. Mikołaja, Rynek, ul. św. Wojciecha [ul. W. Stwosza], obok teatru [Kalte Asche na skrzyżowaniu obecnych ul. Oławskiej i ul. P. Skargi] do pl. św. Maurycego [pl. W. Wróblewskiego] przed Bramą Oławską i ul Oławską oraz ul. Ruską z powrotem]. Dzwonek na omnibusie będzie oznajmiał jego zbliżanie się i będzie zapraszał do wejścia w każdym dowolnym miejscu tej trasy. Jedna osoba płaci 1 srebrny grosz” – tak uruchomienie pierwszej miejskiej linii omnibusowej jesienią 1840 roku zapowiedziała gazeta „Schlesische Zeitung”.

Omnibusy konne funkcjonowały we Wrocławiu co prawda wcześniej, ale obsługiwały tylko linie podmiejskie. We Wrocławiu pierwsze połączenia otworzył znany browarnik przybyły z Bawarii – Conrad Kißling. Jako pierwszy serwował w stolicy Śląska prawdziwe bawarskie piwo w kamienicy Rynek 1 [zob. także Wrocławskie Historie z 12 maja: Wrocławska rewolucja z piwem w tle]. On też jako pierwszy stworzył regularną komunikację publiczną. Inicjatywa miała swoje źródło w pozyskaniu przez Conrada Kißlinga gospody w miejscowości Podgóra koło Rościsławic (powiat wołowski). Plan był prosty: restaurator zakupił dwa omnibusy, które miały służyć do przejazdu gości z Wrocławia do Podgóry. Do czasu zakończenia prac modernizacyjnych w gospodzie otwarte zostały połączenia do innych rejonów. Dnia 10 maja 1840 roku odbyły się dwa kursy: do Szczytnik oraz Popowic – podwrocławskich miejscowości, które za sprawą malowniczych parków przyciągały rzesze wrocławian. Później można było przejechać się nie tylko do wspomnianej już Podgóry, ale też do Osobowic czy Borka.


Kamienica Rynek 1, w której znajdowała się piwiarnia Conrada Kißlinga. Pocztówka z kolekcji Michała Karczmarka


Conrad Kißling. Ilustracja z publikacji G. C Kissling, Familien- und Firmengeschichte der Firma Conrad Kissling, Bierstuben, Breslau, Breslau 1935


Pojawienie się omnibusów oznaczało dla wrocławian rewolucję w transporcie. Działające wcześniej kaludery – czyli proste, by nie rzec prymitywne wozy – budziły wśród mieszkańców nadodrzańskiego miasta wyłącznie złe skojarzenia. Jeździły one nieregularnie, nie miały ustalonego rozkładu jazdy, a w drogę ruszały dopiero, gdy zebrał się komplet pasażerów. Inaczej kurs dla woźnicy byłby nieopłacalny. Zresztą woźnice kaluderów mieli opinię ludzi nieokrzesanych i niesłownych, nigdy też nie wiadomo było, ile podróżny zapłaci za przejazd, bo nie funkcjonowała żadna taryfa. Umundurowany woźnica, rozkład jazdy i z góry określona cena za przejazd – to oznaczało całkiem nową jakość wrocławskiego transportu. „Wrocław staje się coraz bardziej wielkomiejski” – podkreślali dziennikarze.

Linie podmiejskie do rekreacyjnych miejscowości w tamtych czasach były dość popularne, ale uruchomienie linii w ścisłym centrum miasta było absolutną nowością. Za początek komunikacji miejskiej w Niemczech uznaje się otwartą w 1840 roku omnibusową linię śródmiejską w Berlinie. W tym samym roku podobne połączenie pojawiło się w stolicy Śląska, Wrocław zatem wcale nie ustępował stolicy Prus. Conrada Kißlinga śmiało można nazwać pionierem w dziedzinie komunikacji miejskiej, chociaż nie była to jego główna działalność.

Wspomniane połączenie przebiegało na linii wschód–zachód i połączyło kilka ważnych punktów na mapie Wrocławia. Wielki Cmentarz znajdował się przy obecnej ul. Legnickiej w okolicach ul. Inowrocławskiej. Naprzeciw niego zlokalizowane było jedno z najpopularniejszych w ówczesnym Wrocławiu założeń restauracyjno-rozrywkowych – Deutscher Kaiser. Prawdopodobnie dlatego Conrad Kißling uznał za stosowne, aby właśnie w tym rejonie zaczął regularnie kursować omnibus. Na jego trasie, prócz Rynku – niekwestionowanego serca miasta – znalazły się także m.in. dyrekcja poczty przy dzisiejszej ul. Wita Stwosza czy też teatr miejski, tzw. Teatr „Kalte Asche” przy dzisiejszej ul. Piotra Skargi.

Jak się niebawem miało się okazać, Conrad Kißling nie był jedynym przewoźnikiem we Wrocławiu. Po paru dniach – 22 listopada – swoje dwie linie otworzył Julius Lange. Na każdej z nich kursował jeden omnibus o mitologicznej nazwie. Pojazd Merkury połączył dzisiejszy pl. Kościuszki przez Rynek z Zatumiem, a więc rejonem dzisiejszej ul. Wyszyńskiego. Z kolei Minerwa kursowała na tej samej trasie co omnibus Kißlinga: z Przedmieścia Mikołajskiego przez Rynek na Przedmieście Oławskie. Omnibusy Juliusa Langego jeździły od godziny 7.00 do 22.00. Lektura prasy codziennej pozwala poznać kilka informacji na temat wyglądu tych nowoczesnych pojazdów. Ich wykonanie zostało zlecone wrocławskiemu budowniczemu powozów C. Schildbachowi. Co warte podkreślenia, jako wzór posłużyły omnibusy londyńskie. Dziennikarze zachwalali, że ich wnętrza zostały szykownie i komfortowo urządzone: wyposażone w siedziska na sprężynach, lustro oraz zegar z przeźroczystym cyferblatem.


Bilet na omnibus Conrada Kißlinga. Ilustracja z publikacji G. C Kissling, Familien- und Firmengeschichte der Firma Conrad Kissling, Bierstuben, Breslau, Breslau 1935


Omnibusy nie miały wyznaczonych przystanków – wsiadać i wysiadać można było w dowolnym miejscu. W tym celu woźnica zwalniał przy skrzyżowaniach ulic. Był jednak jeden wyjątek. Od połowy grudnia 1840 roku omnibusy Merkury i Minerwa przy każdym przejeździe przy cukierni Orlanda znajdującej się nieopodal Rynku, przy dzisiejszej ul. W. Stwosza, zatrzymywały się w tym miejscu „na kilka sekund”. Śmiało możemy to uznać za ustanowienie pierwszego przystanku.

Nowy środek transportu spotkał się z dużym zainteresowaniem wrocławian. Przewoźnicy nie mogli narzekać na brak pasażerów. Wręcz przeciwnie – omnibusy pękały w szwach, szczególnie popołudniami i wieczorami. Wszystko dzięki niezwykle korzystnej taryfie. Jeden srebrny grosz był w zasięgu ręki nawet dla uboższych warstw wrocławian. Lange chciał wykorzystać ten sukces i zlecił wykonanie kolejnych omnibusów. Miały one kursować m.in. przez dzisiejsze ulice Kuźniczą i Jedności Narodowej oraz w kierunku Kępy Mieszczańskiej. Te plany jednak nie zostały zrealizowane. Powód był zaskakujący...

Tak szybko, jak omnibusy zyskały wśród wrocławian popularność, pojawiły się i głosy krytyczne. Część wrocławskiej prasy zdawała się nieprzychylna nowemu środkowi transportu. Narzekano na ścisk, na rozbrzmiewający na wrocławskich ulicach dzwoneczek, a nawet na rozmiary pojazdów. Rzeczywiście w porównaniu z innymi powozami były one o wiele większe. „Dwójka koni to za mało dla takiego olbrzymiego, »wyglądającego z angielska« pudła, zwłaszcza gdy jest ono tak zapchane ludźmi” – narzekała gazeta „Breslauer Blättern”.

Popularności omnibusów dziennikarze upatrywali… W porze roku, w której wyjechały one na ulice. Jesień przez swoją pogodę utrudniała wrocławianom poruszanie się po mieście. Ulice tonęły w błocie, a deszcz skutecznie odstraszał ludzi przed wychodzeniem z domu. Nowy środek transportu pozwalał chociaż częściowo poradzić sobie z jesienną aurą. Przeciwnicy omnibusów wieszczyli jednak, że gdy minie fascynacja nowym środkiem transportu, pasażerowie przestaną z niego korzystać. Co krytycy postulowali zamiast omnibusów? Według nich Wrocław o wiele bardziej potrzebował nowoczesnych dorożek, takich jakie jeździły w Berlinie. Uważali, że dorożki sprawdzą się znacznie lepiej od omnibusów, bo można je zamówić w dowolne miejsce i o dowolnej porze.

Tymczasem omnibusy cieszyły się niesłabnącym zainteresowaniem. W grudniu omnibus Merkury zamiast do katedry kursował aż do Wintergarten. To kolejne chętnie uczęszczane przez wrocławian etablissement znajdowało się przy dzisiejszej ul. Szczytnickiej i przyciągało gości kalejdoskopem wydarzeń. W grudniu organizowany był na tego terenie słynny jarmark bożonarodzeniowy, który cieszył się popularnością wrocławian nie mniejszą niż w naszych czasach. Aby zachować punktualność kursowania Merkurego, na czas trwania jarmarku od godziny 14.00 jeździł według zmienionego rozkładu jazdy: od Rynku – a dokładnie ze skrzyżowania obecnych ulic Oławskiej i Świdnickiej. Przed południami obowiązywał normalny rozkład jazdy. Szczególnie w niedziele w omnibusach podróżowały tłumy ludzi.

Tuż przed Bożym Narodzeniem na Rynku doszło do groźnego incydentu, w którym jeden z omnibusów Juliusa Langego padł ofiarą napaści. „Wczoraj wieczorem złośliwość lub zawiść doprowadziła do czynu, który łatwo mógł spowodować nieszczęście. Omnibus »Merkury« podczas jazdy do Wintergarten dotarł do Rynku, gdy raptem dwa kamienie wielkości pięści jeden za drugim zostały weń rzucone. Jeden z nich pozostał w powozie, a drugi przeleciał tuż przy samych głowach pewnego pana i pewnej damy przez szybę przeciwnej burty. Sprawcę przyłapano na gorącym uczynku. Został on tymczasowo aresztowany przez policję, a z jego stanu można wywnioskować, że prawdopodobnie zawiść popchnęła go do występku, który łatwo mógł kosztować życie paru ludzi”. Trudno ocenić, czy to zdarzenie było tylko wybrykiem, czy może przemyślanym atakiem. Sądząc po dość szeroko zakrojonej nagonce na działalność omnibusów, nie można wykluczyć tej drugiej możliwości.

Słowa pisane w prasie przez zwolenników dorożek rychło stały się ciałem. W Boże Narodzenie na ulice Wrocławia wyjechały pierwsze dorożki Quirinusa Waltera. Mieszkańcy chwalili je za lekkość i zwrotność, chociaż cena za przejazd była wyższa niż w omnibusie: dwa srebrne grosze i sześć fenigów płaciła jedna osoba za podróż na terenie miasta. Z kolei na zaśnieżonych drogach ciężkie i masywne omnibusy grzęzły, a konie istotnie nie były w stanie ich uciągnąć. Zdarzało się, że pasażerowie wysiadali w trakcie jazdy, litując się nad wycieńczonymi zwierzętami.


Omnibus w drodze do Osobowic, przełom XIX i XX wieku. Pocztówka z kolekcji Tomasza Sielickiego


Na początku 1841 roku coraz głośniej mówiło się we Wrocławiu o problemach omnibusów. Duża część pasażerów istotnie przesiadła się do dorożek. Nie można jednak pominąć faktu, że to część wrocławskich gazet uczyniła przedsiębiorcom czarny PR, który pogrążył ten nowatorski środek transportu. W kontekście upadającej komunikacji omnibusowej zwracano uwagę na jeszcze jeden aspekt, który z dzisiejszej perspektywy wydawać się może absurdalny. „Jeszcze coś innego do tego dochodzi, co, jak się dziennikarzom wydaje, we Wrocławiu jest co najmniej sprawą kluczową: każdy zna każdego we wciąż małomiasteczkowym mieście. Rajca nie chce jechać w towarzystwie pisarza, mistrz nie chce jechać z czeladnikiem, kobieta z tytułem – z tą bez tytułu. Zapłacony grosz zrównałby wszystkich. Kto jechałby razem, zawierałby także z innymi znajomości. I to byłoby piękne. Tak po cichu ten fakt się wyjaśnia i nie ma w tym żadnej pomyłki. Tak jest teraz we Wrocławiu i jeszcze długo tak pozostanie. Tak długo, jak Wrocław nie będzie tak duży, że za cenę jednego srebrnego grosza nie będzie można wsiadać i wysiadać z omnibusów anonimowo, tak długo nie będą one użyteczne ani dla publiczności, ani dla przedsiębiorcy” – a zatem względy społeczne rzuciły się cieniem na pierwszych wrocławskich omnibusach, co przedstawiła powyżej „Schlesische Zeitung”.


Wrocławski omnibus konny na początku XX wieku. Fotografia z publikacji: Verwaltungsbericht der Städtischen Straßenbahn Breslau für das Rechnungsjahr 1927, Breslau 1928


Omnibusy jeździły po Wrocławiu jeszcze przez kilka miesięcy. Przewoźnicy rozwijali połączenia podmiejskie, które zdawały się funkcjonować o wiele sprawniej niż wewnątrzmiejskie. W zimie Kißling organizował kursy po zamarzniętej Odrze. Można było się przejechać po rzece do Dąbia, a nawet do Trestna. Z kolei Julius Lange wysyłał Merkurego na całodzienne wycieczki do Brzegu z krótkim postojem w Oławie. Jak donosiła prasa, podróżni wracali do Wrocławia zmarznięci, ale szczęśliwi. Jeszcze na przełomie maja i czerwca 1841 roku omnibusy Juliusa Langego i Conrada Kißlinga woziły pasażerów przy okazji festynu wiosennego, w ramach którego w różnych miejscach Wrocławia organizowane były zabawy i różnego rodzaju atrakcje. Jednak komunikacja omnibusowa nie rozwijała się tak, jak zakładali jej twórcy. Inaczej sprawa wyglądała w wypadku dorożek, których we Wrocławiu przybywało. W kolejnych latach nie spotykamy już informacji o wrocławskich omnibusach. Eksperyment ten okazał się zbyt nowatorski, a nadodrzańskie miasto – nie było na niego gotowe.

Omnibusy powróciły do Wrocławia dwie dekady później – w 1862 roku. Wówczas zadomowiły się tu na dłużej. Po dziesięciu latach w 1874 roku funkcjonowało w stolicy Śląska już dziesięć regularnych linii: cztery z nich były relacjami wewnątrzmiejskimi, a sześć – podmiejskimi. Później z trudnością radziły sobie z konkurencją tramwajów konnych i elektrycznych, które zdominowały wrocławskie ulice. Ostatnie omnibusy kursowały po Wrocławiu jeszcze podczas I wojny światowej. To jednak opowieść na całkiem inną okazję.


Zob. także inne teksty dotyczące historii komunikacji miejskiej we Wrocławiu:

Wrocławskie Historie z 7 kwietnia: Zajezdnia tramwajowa Popowice
Wrocławskie Historie z 1 lipca: 95 lat wrocławskich autobusów miejskich
Wrocławskie Historie z 22 sierpnia: "Jedynką" przez Wrocław
Wrocławskie Historie z 25 sierpnia: Przez tramwaje i autobusy do strajku i muzeum. Zajezdnia
Wrocławskie Historie z 4 października: Nie bądź gapa, czyli o wrocławskich biletomatach


Tomasz Sielicki
historyk wrocławskiego
transportu miejskiego