16 listopada: Szkło jest po to, żeby się tłukło. Ludwik Kiczura

Przypadająca 16 listopada piąta rocznica śmierci prof. Ludwika Kiczury, ucznia prof. Stanisława Dawskiego, to dobra okazja, by przybliżyć sylwetkę tego wybitnego artysty szkła, którego prace cechuje niezwykłe wyczucie formy i koloru.

Ludwik Kiczura urodził się 9 grudnia 1934 roku we Lwowie, a zmarł 16 listopada 2015 roku w Stanach – wiosce w województwie dolnośląskim. Od czasu studiów, po których 1960 roku uzyskał dyplom, związany był z wrocławską uczelnią noszącą najpierw nazwę Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych, a od 2008 roku Akademii Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta. Jako jej długoletni pedagog i kierownik Katedry Szkła wykształcił wielu cenionych i uznanych, również poza granicami Polski, twórców i projektantów. Jak wspomina uczeń Kiczury, obecnie prezes Zarządu Związku Polskich Artystów Plastyków Okręg Wrocławski prof. Kazimierz Pawlak, Katedra Szkła była jego drugim domem. Wraz z Lucjanem Gajosem, Janem Drostem, Henrykiem Wilkowskim, Zbigniewem Horbowym, Romanem Rosykiem, Wiesławem Sawczukiem, Józefem Wojną, Janem Kosińskim, Eryką Trzewik, Teresą Bejnarowicz i Stanisławą Paczos Ludwik Kiczura współtworzył nieformalną wrocławską szkołę szkła. Było to pierwsze powojenne pokolenie artystów, dla których szkło stało się najważniejszym tworzywem.

Momentem przełomowym w rozwoju artystycznym Ludwika Kiczury było stypendium ministra kultury i sztuki, które w 1965 roku otrzymał na staż w słynnej weneckiej hucie szkła Veniniego. To tam zapoznał się z najnowszymi ówcześnie technikami i metodami pracy ze szkłem, zwłaszcza metodą swobodnej kreacji z wolnej ręki. Również tam poznał spektrum możliwości drzemiących w szkle i odkrył jego niezwykły potencjał jako tworzywa artystycznego. Pobyt w tej kolebce europejskiego szkła sprawił, że młody twórca, jak sam wspominał: „poczuł apetyt na szkło”.

Lata 60. XX wieku to czas, kiedy w twórczości Ludwika Kiczury pojawił się mało znany i zapomniany epizod pracy z technikami graficznymi, z którymi miał już do czynienia jako student prof. Stanisława Dawskiego. Przyznawał, że cenił sobie „błyskawicznie” widoczne efekty. Z tego względu specjalizował się w linorycie i litografii. Na początku lat 70. poszukiwania artystyczne zbliżyły artystę do koncepcji popularyzowanych przez amerykańskich projektantów z ruchu New Glass. Zmieniały one zupełnie podejście do materii szkła, traktując je jak tworzywo plastyczne o znakomitych rzeźbiarskich walorach i odrzucając prymat utylitarności. Z czasem ruch ewoluował i oprócz technik hutniczych obejmował wszystkie inne metody obróbki szkła. Własne koncepcje w nurcie „hot glass” (alternatywne określenie ruchu New Glass) Ludwik Kiczura rozwijał w kolejnych dwu dekadach. Końcówka lat 70. i początek 80. to praca ze szkłem optycznym. Pociągająca w tym nowym materiale szklarskim była dla Ludwika Kiczury możliwość zabawy złudzeniami optycznymi, które powstają przez nacięcia i szlifowanie w bryle szkła.


Kompozycja ok. 1988 rok szkło optyczne, szlifowane, klejone. Fot. Stanisław Sielicki dzięki uprzejmości Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu


Kiedy kryzys ekonomiczny lat 80. XX wieku spowodował utrudnienia w dostępie do hut i ograniczył do minimum możliwość pracy z gorącym szkłem, Ludwik Kiczura zainteresował się innymi technikami szklarskimi, do czego zachęcał również swoich studentów. To wtedy powstawały prace ze szkła klejonego oraz topionego w formach. Jednak nie zawsze to, co udawało się osiągnąć w hucie, było możliwe w technikach piecowych. „Wielokrotnie jego i nasze próby kończyły się niezadowalającym wynikiem, lecz osiągaliśmy ciekawe efekty, a ocalałe obiekty miały interesujące detale. Zniszczone i nieudane prace niezmiennie komentował jednym krótkim zdaniem: »Szkło jest po to, żeby się tłukło«" – wspomina prof. Kazimierz Pawlak, wychowanek i późniejszy długoletni współpracownik profesora.

Wszystkie te eksperymenty z nowymi metodami obróbki szkła Ludwik Kiczura traktował z dużym dystansem jako zastępcze wobec pracy z prawdziwym szkłem, za które uważał tylko szkło kształtowane przy piecu hutniczym, materię trudną do okiełznania, stanowiącą prawdziwe wyzwanie dla twórcy. Najlepiej czuł się w hucie, przy piecu, odnajdywał się w żywiole pracy z gorącą materią, pasjonowała go dynamiczna ewolucja realizacji. Wszak nie bez przyczyny zanotował w swoim szkicowniku zdanie: „Szkło ma serce, kocha ludzi pracowitych” (Barbara Banaś, Ludwik Kiczura, s. 72)


Profesor Ludwik Kiczura przy pracy. Fot. ze zbiorów Marka Kiczury


Profesor Ludwik Kiczura był wiecznym eksperymentatorem, nie znosił stagnacji, bezczynności. Opracował własną technikę formowania szkła, starał się również zmieniać samą strukturę tworzywa, oddziaływując na nie tlenkami metali, zatapiając w nim miedziane druciki, pręciki kolorowego i transparentnego szkła, sterując procesami mącenia szkła. Jako pierwszy eksperymentował ze szkłem ołowiowym, tzw. kryształem, odręcznie formowanym i barwionym. Adoptował do swoich potrzeb lokalne techniki dekoracyjne np. weneckie muriny. Przygotowywał specjalne narzędzia dla osiągnięcia pożądanych efektów m.in. ażurów. Mimo fascynacji i inspiracji doświadczeniami i dokonaniami innych artystów potrafił pozostać wierny sobie i własnej drodze. Na początku lat 70. XX wieku ukształtował się jego indywidualny, oryginalny styl – „dynamiczna, nieco rozedrgana ażurowa czy sterczynowa forma” (Barbara Banaś, Ludwik Kiczura, s. 72)

We wspomnieniach studentów prof. Ludwik Kiczura jawi się jako wymagający, ale i inspirujący pedagog. Zawsze starał się zrozumieć ideę projektu i prześledzić drogę projektową. Projekt musiał być starannie rozpisany w szkicach na poszczególne fazy realizacji. Pozwalało to na porozumienie się z hutnikiem bez zbędnych słów i gestów. Cenił świeżość pomysłów i autorskie rozwiązania pojawiających się problemów. Starał się odnaleźć indywidualności, którym pomagał w doskonaleniu umiejętności i mierzeniu się z wyzwaniami, nie ingerując w ich odrębność. Oczekiwał jasnych i pewnych odpowiedzi. Był ostry i zdecydowany w wyrażaniu własnego zdania. Mimo tych pozorów surowości i oschłości został zapamiętany jako człowiek ciepły, żywo zainteresowany rozwojem powierzonych mu studentów. Bardzo przeżywał ich porażki i sukcesy.

Ze „szkoły Dawskiego” Ludwik Kiczura wyniósł przekonanie, że zrealizowany projekt jest efektem współpracy artysty, technologa-inżyniera i hutnika-wykonawcy oraz wypadkową ich umiejętności, wiedzy i talentu. Tego też uczył swoich wychowanków: „Hutnik, z którym pracujesz, jest bardzo ważny. Musi zrozumieć, czego od niego chcesz. Ale nie tak pobieżnie, żeby kawałek czerepu wydmuchać. Musisz mu wytłumaczyć, co w którym miejscu chcesz zrobić. Potem, od momentu włożenia piszczela w szkło, wszystko musi się toczyć według określonego rytmu. […] Pomocnik i majster grają ze sobą, muszą być jak jeden organizm” (Barbara Banaś, Ludwik Kiczura, s. 76,78). Sam miał szczęście pracować z prawdziwymi mistrzami w swoim fachu, otwartymi na nowe doświadczenia i technologiczno-warsztatowe eksperymenty.

W bogatym życiu artystycznym prof. Kiczury pojawia się również wątek filmowy, który może zaciekawić szczególnie miłośników polskiego kina. Stworzył on oryginalne zestawy szklanych naczyń dla filmów Rękopis znaleziony w Saragossie w reżyserii Wojciecha Jerzego Hasa i Quo vadis w reżyserii Jerzego Kawalerowicza.

Roli Ludwika Kiczury w rozwoju polskiego szkła artystycznego lat 70. XX wieku nie da się przecenić. Jego prace wykraczały poza kanon unikatowego szkła dekoracyjnego. Odkrył nowy potencjał drzemiący w tym tworzywie, jego rzeźbiarską plastyczność. Ingerował zarówno w formę, strukturę jak i kolor szklanej materii. „Szkła Kiczury cechują się swoistą biomorficznością, są formami ekspresyjnymi i mimo zastygłej masy sugerują wewnętrzną nieustanną zmienność, na chwilę jedynie zamkniętą w magmatycznej strukturze” (Barbara Banaś, Ludwik Kiczura, s. 112)

Swoje artystyczne credo twórca sformułował w jednym z katalogów, rozbudowując wcześniej przytoczone zdanie: „Szkło jest materiałem kruchym, złudnym i niebezpiecznym. Jestem przekorny. Realizując swoje prace, mówię do siebie: »Cholera, mam spółkę z diabłem« i robię swoje. Szkło lubi ludzi pracowitych i cierpliwych” (Barbara Banaś, Ludwik Kiczura, s. 72). To w pełni ukazuje przekorę profesora, którego były rektor Akademii Sztuk Pięknych prof. Piotr Kielan porównał z ulubionym tworzywem artysty, gorącym szkłem – nieprzewidywalnym i urzekającym zarazem.

Za pomoc w przygotowaniu artykułu autorka dziękuje Akademii Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta, Związkowi Polskich Artystów Plastyków Okręg Wrocławski, a szczególnie prezesowi prof. Kazimierzowi Pawlakowi oraz panu Markowi Kiczurze.


Kompozycja Holocaust z 1990 roku, szkło odlewane w formie żeliwnej. Praca przygotowana na Kristallnacht Competition organizowany w Filadelfii w 1992 roku dla upamiętnienia Nocy Kryształowej, uhonorowana brązowym medalem. Fot. ze zbiorów Marka Kiczury


Kompozycja z ok. 1988 roku, szkło topione w formie. Fot. ze zbiorów Marka Kiczury


Kompozycja z 1986 roku. Huta Violetta w Stroniu Śląskim, szkło ołowiowe, ręcznie formowane, grawerowane, klejone. Fot. ze zbiorów Marka Kiczury


Forma dekoracyjna z 1992 roku. Huta Violetta w Stroniu Śląskim, szkło ołowiowe, barwione w masie, ręcznie formowane. Fot. Stanisław Sielicki dzięki uprzejmości Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu


Elżbieta Kałuża
przewodnik w Centrum Historii Zajezdnia