12 listopada: Dewastacja, grabież i nowy początek – powojenne losy wrocławskich lokali

Rozwój powojennego Wrocławia charakteryzował się dużą dynamiką. Było to miejsce niebezpieczne. Obok gruzowisk, walących się budynków i szalejących pożarów budowało się nowe społeczeństwo. Chaotyczna wymiana grup ludności przyczyniła się do wzrostu przestępczości. Szabrownictwo i kradzieże były na porządku dziennym. Ze stolicy Dolnego Śląska wywożono jego przemysł, zabytki i materiały budowlane. W takich warunkach formował się lokalny przemysł, któremu mimo trudnego startu udało się w końcu rozwinąć skrzydła. Z jakimi trudnościami musiał się mierzyć? Dowiecie się z poniższego tekstu.

Dnia 12 listopada 1945 roku miasto ogłosiło przetarg na lokal znajdujący się w podziemiach miejskiego ratusza. Piwnica Świdnicka, bo tak nazywa się to miejsce, ma bardzo bogatą historię sięgającą aż 1237 roku. Restauracja, często określana mianem najstarszej w Europie, prawie przez wszystkie lata swego istnienia pełniła tę samą funkcję, w latach powojennych musiała jednak podzielić los większości obiektów tego typu w mieście. Jej wnętrze zostało w znacznym stopniu zdewastowane, rozgrabiono też całe wyposażenie i dlatego Piwnica Świdnicka nie była wykorzystywana przez 15 kolejnych lat.

Podobny los spotkał liczne wrocławskie lokale oraz fabryki. Na tę sytuację składało się wiele czynników. Powojenny Wrocław był przede wszystkim miejscem bardzo niebezpiecznym. Używane wówczas potocznie określenia: „ziemie wyzyskiwane”, „dziki zachód”, „ziemia niczyja” w pewien sposób oddają to, co działo się na terenach Ziem Zachodnich, w tym także samego Wrocławia. Tereny te były swoistą mozaiką społeczną wynikającą z masowych ruchów ludności: wysiedlenia Niemców i szybkiego zasiedlania ludnością polską pochodzącą z rozmaitych regionów, czy to Polski Centralnej, czy byłych Kresów Wschodnich. Wrocław był miejscem, w którym łączyły się grupy ludności z różnych krajów i regionów. Tak duża mieszanka ludności połączona z jej stałą fluktuacją cechowała się mnogością różnych postaw i zachowań społecznych, często też tych negatywnych nagminne było szabrownictwo, wysoki był też poziom przestępczości. Czynniki te spowodowały, że wiele wrocławskich fabryk i lokali ocalonych od zniszczeń wojennych zostało wtedy całkowicie ograbionych i zdemolowanych.

Najpierw przyczynili się do zniszczeń stacjonujący tu Rosjanie. Żołnierze ci traktowali tereny Dolnego Śląska jako zdobycz wojenną. Ich łupem w znacznej większości padały fabryki, w głąb Związku Radzieckiego wywożono sprzęt, maszyny oraz całe wyposażenie. Skala tego procederu była ogromna. Według nieoficjalnych danych szacuje się, że na Ziemiach Odzyskanych już w pierwszych trzech miesiącach po zakończeniu działań wojennych w Europie zdemontowano sprzęt o wartości 235 mln dolarów, jednocześnie wyposażenie straciło ponad 1000 zakładów przemysłowych. Co ciekawe, Rosjanie wyrywali z fundamentów urządzenia fabryczne ważące nawet po kilkadziesiąt ton. Należy zaznaczyć także, że rosyjscy żołnierze, oprócz grabieży zakładów, lubowali się także w rozniecaniu pożarów, ogołacaniu prywatnych mieszkań ze wszystkiego, co możliwe, nie oszczędzając przy tym nawet framug okiennych. Władze polskie kilkukrotnie próbowały wpłynąć na zaistniałą sytuację, podpisując wiele umów i porozumień z Rosjanami, strona radziecka często nie respektowała jednak tych postanowień. Jako przykład może tu posłużyć wydarzenie, które okazało się fatalne w skutkach dla wrocławskiego przemysłu – 12 czerwca 1945 roku Rosjanie zdewastowali jeden z największych wrocławskich zakładów, fabrykę wagonów Linke-Hoffman. Żołnierze wtargnęli do zakładu, wypierając załogę polską, demontując wyposażenie, pozostawili jedynie kilka najcięższych maszyn.

Rosyjskie grabieże nie były jedynym problemem wrocławskich lokali. W dużym stopniu do ich dewastacji przyczynił się stosunek osiedlającej się we Wrocławiu ludności. Wśród nowych mieszkańców panowało przeświadczenie, że tereny przyznane Polsce nie wejdą w skład granic państwa na stałe i jest to jedynie zmiana tymczasowa. Podobną postawę reprezentowali także przyjeżdżający co jakiś czas do Wrocławia przedstawiciele władzy centralnej, którzy traktowali te tereny jako magazyn zaopatrzenia Polski. Mimo sprzeciwu władz administracyjnych wysłannicy „Centrali” zjawiali się na tych terenach z dokumentami zezwalającymi na przejęcie sprzętu z różnych lokali lub fabryk. Proceder ten odbywał się w świetle prawa, ucierpiała na tym choćby Klinika Wrocławska, z której to wywieziono do Warszawy preparaty medyczne. Jako przykład mogą tu też posłużyć instrumenty z Opery Wrocławskiej, które zasiliły wyposażenie teatrów krakowskich.

Grabież na terenach Dolnego Śląska przebiegała zarówno kanałami oficjalnymi, jak i nieoficjalnymi. Wiele wskazuje na to, że osadnicy z Polski Centralnej oraz Południowej traktowali te ziemie jako miejsce gorszej kategorii. Majątek poniemiecki postrzegany był jako niczyj, co nie powinno nikogo dziwić, wynikało to z bardzo złej sytuacji materialnej przybyłej ludności oraz żywej chęć odwetu na wojennych oprawcach. Duży chaos organizacyjny oraz dynamiczne migracje sprawiły, że Ziemie Odzyskane stawały się rajem dla osób chcących ukryć niewygodną przeszłość, różnej maści bandytów i złodziei, którzy plądrowali budynki oraz rabowali ludzi. Zginąć można było na przykład z powodu posiadania roweru, który wówczas był jednym z najbardziej pożądanych towarów, ponieważ umożliwiał sprawne poruszanie się pośród zgliszczy. Szabrownictwo było jednym głównych problemów utrudniających organizację życia w mieście. Chęć odwetu na Niemcach oraz traktowanie Wrocławia jako ziemi niczyjej prowadziły do masowego dewastowania wyposażania mieszkań i lokali. Szabrowano, aby przeżyć. Trzeba jednak pamiętać, że część osób osiedlających się we Wrocławiu nie posiadała prawie żadnego majątku.

Przeświadczenie ludzi o niepewnym statusie powojennych granic sprawiło, że w pierwszym okresie zasiedlania miasta osadnictwo stałe znajdowało się w mniejszości. Ludność osiedlała się w sposób nieskoordynowany, zatrzymując się przeważnie tylko na jakiś czas, szukając szansy na poprawienie swojej sytuacji materialnej. Następca prezydenta Drobnera, Aleksander Wachniewski, stwierdził nawet, że aż 60% ludności przybywa do miasta bez zamiaru osiedlenia się na stałe. Większość ludzi trudniła się szabrownictwem, ci którzy próbowali się tu osiedlić, szukali też potrzebnych do życia sprzętów i wyposażenia domów. Istniała także osobna grupa szabrowników, którzy przybyli tu z zamiarem wzbogacenia się, szabrowali więc i sprzedawali towar na tak zwanych szaberplacach, gdzie można było kupić dosłownie wszystko. Skala zjawiska była tak duża, że na Ziemiach Odzyskanych podobno trudno było znaleźć rodzinę, która nie miałaby choć jednej rzeczy pochodzącej z szabru, oczywiście czasami pośrednio poprzez zakup dóbr na szaberplacu. Proceder ten był tak daleko posunięty, że szabrownicy formowali się w gangi specjalizujące się w samym szabrowaniu lub przerzucaniu dóbr na czarny rynek. To, czego nie zdołali ukraść, niszczyli i podpalali często po to, aby zatuszować ślady przestępstw.

Poza zwykłymi ludźmi szabrem trudnili się także ci, którzy byli odpowiedzialni za organizację życia w mieście, czyli różnej maści urzędnicy. Wskazywał na to delegat Ministerstwa Ziem Odzyskanych, który po dokonanej inspekcji stwierdził, że aż ponad 80% personelu urzędniczego jest zdemoralizowana niezależnie od pełnionych funkcji i stanowisk. Większość swojego czasu poświęca głównie na gromadzenie majątku i prowadzenie życia na wysokiej stopie. Zaistniała sytuacja spowodowana była brakami kadrowymi. Często na stanowiska powoływano osoby o wątpliwych wartościach moralnych i bez odpowiednich kwalifikacji, które wykorzystywały przyznane im mieszkania jako magazyny na szabrowane dobra zdobyte w poniemieckich zakładach, mieszkaniach, restauracjach. Dlatego większość lokali usługowych, zwłaszcza te które przetrwały zniszczenia wojenne, nie nadawało się do natychmiastowego ponownego uruchomienia. W takich właśnie warunkach musiał powstawać wrocławski przemysł, handel i usługi.

Zanim zaczęły sprawnie działać zakłady produkcyjne, musiały dźwignąć się z gruzów i ruiny. Jako przykład niech posłuży Państwowa Fabryka Wagonów czyli Pafawag. W maju 1945 roku fabryka była w bardzo złym stanie, przewody wody, gazu i światła były zniszczone nawet w 80%. W parku maszynowym brakowało 724 obrabiarek, a także 270 silników oraz maszyn elektrycznych. Mimo tak wielkich zniszczeń zakład rozpoczął produkcję już we wrześniu 1945 roku, natomiast 26 stycznia 1946 roku wyprodukował pierwszą setkę węglarek, czyli otwartych wagonów kolejowych przeznaczonych do transportu takich materiałów jak węgiel lub kamień. Mimo zniszczeń zakład zawdzięczał szybki rozwój pracownikom, a konkretnie wykwalifikowanym robotnikom pochodzącym z Polski Centralnej. Zajmowali się oni organizacją produkcji, a także sprowadzaniem maszyn z całego kraju, jednocześnie szkoląc zespoły pracowników fizycznych. Przykład Pafawagu pokazuje, że mimo bardzo trudnej sytuacji, braku wyposażenia oraz wykwalifikowanej siły roboczej wrocławski przemysł z czasem zdołał się rozwinąć.

Oprócz dużych zakładów w pierwszych powojennych miesiącach polscy fachowcy próbowali uruchamiać małe i w nieznacznym stopniu zniszczone przedsiębiorstwa. Często jednak ich wysiłki udaremniane były przez Rosjan, którzy namierzali małe firmy i w nadziei na znaczne łupy szybko przejmowali je pod nadzór Radzieckiego Zarządu Wojskowego. Mimo zaistniałych przeciwności już pod koniec 1945 roku we Wrocławiu działały aż 53 zakłady przemysłowe.

Pierwsze powojenne lata to czas odbudowy i odgruzowywania miasta, najważniejsza była organizacja przemysłu oraz lokali mieszkaniowych, mimo to stopniowo rozwijały się także różne usługi. Miejski Wydział Aprowizacji wydawał koncesje na prowadzenie punktów sprzedaży oraz lokali gastronomicznych. Prywatni właściciele często spotykali się jednak z odmową i nie przyznawano im tej koncesji, mimo to części przedsiębiorców udało się jednak ją uzyskać. Pierwszym prywatnym sklepem otwartym po wojnie była należąca do Adama Zaremby masarnia przy ul. Jedności Narodowej 77. Podobnie jak przemysł powoli z gruzów podnosiły się wrocławskie lokale. Stopniowo zaczęły powstawać prywatne przedsiębiorstwa, jako przykład można tu podać lokale otwierane przez grupę ludności z Kresów Wschodnich, którzy, pielęgnując swoją odrębność regionalną, nadawali otwieranym firmom charakterystyczne nazwy: „Lwowianka”, „Ta-joj” lub „Wilnianka”, co nie podobało się lokalnym władzą traktujących te działania jako politycznie prowokacyjne.

Zaraz po wojnie funkcje handlowe w znacznym stopniu przejęły targowiska, w tym to największe mieszczące się na Placu Grunwaldzkim. Sektor usług rozwijał się stopniowo, powstawały restauracje, kawiarnie czy paszteciarnie. Rozwój ten musiał jednak wyhamować w 1947 roku, kiedy to władza, chcąc wyeliminować sektor prywatny, rozpoczęła tzw. bitwę o handel, która znacząco utrudniła organizację usług i handlu w całym kraju.
Mieszkańcy powojennego Wrocławia musieli mierzyć się z wieloma problemami, mimo wielu przeszkód miasto zaczęło jednak w końcu funkcjonować i stało się jednym z najprężniej rozwijających się ośrodków na gospodarczej mapie Polski.

Damian Samulewicz
specjalista ds. obsługi publiczności
Dział Obsługi Centrum Historii Zajezdnia