11 listopada: Odzyskanie niepodległości we wspomnieniach najstarszych Polaków

Rozejm w Compiègne przypieczętował 11 listopada 1918 roku zakończenie I wojny światowej. Tego samego dnia, na terytorium naszego kraju, Józef Piłsudski przyjął z rąk Rady Regencyjnej naczelne dowództwo wojsk polskich, a trzy dni później Rada rozwiązła się i przekazała mu pełnię posiadanych uprawnień. W kraju połatanym i pokiereszowanym pod względem gospodarczym w wyniku 123 lat zaborów, wciąż rosła liczba ludności. Zgodnie z niezbyt dokładnymi danymi spisowymi z 1921 roku w Polsce, bez Wileńszczyzny i Górnego Śląska, mieszkało 27,2 mln osób. Wśród narodzonych podczas międzywojennego baby boomu znaleźli się nagrani przez nas bohaterowie wystawy i książki o tym samym tytule: Rówieśnicy Niepodległej – urodzeni w 1923 roku lub wcześniej. Jak dzisiejsi stulatkowie wspominają ten ekscytujący dla historii Polski czas? Co kryje się dla nich za słowem „niepodległość”?


Wizyta Józefa Piłsudskiego z okazji otwarcia biblioteki, Miadzioł, ok. 1925 r. ze
zbiorów Marii Tarasewicz.


Rówieśnicy Niepodległej
Dwa lata temu w Centrum Historii Zajezdnia odbył się wernisaż wystawy Rówieśnicy Niepodległej, będącej efektem projektu 100 100-latków na 100-lecie realizowanego w ramach Programu Wieloletniego „Niepodległa” na lata 2017–2022 z okazji setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Ponieważ w swojej misji promujemy metodologię historii mówionej oraz nagrywamy świadków historii, uznaliśmy, że to właśnie ta metoda posłuży nam jako narzędzie do upamiętnienia tej wielkiej rocznicy. Chcieliśmy, by najstarsi Polacy opowiedzieli nam o swoim życiu, a w związku z tym również o najnowszych dziejach naszego kraju. Efektem projektu była wspomniana wystawa, która poza Wrocławiem odwiedziła także Białystok, Opole, Malbork, Jelenią Górę, Żmigród, Kąty Wrocławskie, Radzionków, Tokarnię, Kielce oraz Bolesławiec, a obecnie znajduje się w Lubaczowie. Dzisiaj możemy także odwiedzić ekspozycję on-line: rowiesnicyniepodleglej.pl i zapoznać się z jej treścią na ekranie komputera w domowym zaciszu oraz przeczytać właśnie wydaną książkę o tym samym tytule, w której zamieściliśmy zredagowane, ułożone chronologicznie i tematycznie, spisane ustne relacje autobiograficzne najstarszych Polaków.

Podczas realizacji projektu wysłuchaliśmy 97, w tym 20 na samym Dolnym Śląsku, relacji biograficznych świadków historii – nieprzerwanych opowieści o ich życiu. Zadawaliśmy pytania do pierwszej części, będącej ich swobodną narracją, a następnie sięgaliśmy po przygotowany wcześniej kwestionariusz pytań, w którym znalazły się zagadnienia dotyczące obchodów świąt państwowych, patriotycznych piosenek czy wierszy. Pytaliśmy o wspomnienia związane ze śmiercią Józefa Piłsudskiego – o uroczystości, które odbywały się w szkołach, na ulicach miast i miasteczek. Byliśmy też ciekawi wspomnień związanych z rozpoczęciem i zakończeniem II wojny światowej, pytaliśmy o braki w czasach komunistycznych, o najważniejszy według naszych rozmówców wynalazek i wydarzenie ostatniego stulecia, a także o znaczenie, jakie kryje się dla nich za słowem „niepodległość”.

Obok nagranych wywiadów pozyskaliśmy także dokumenty i fotografie obrazujące opowiadane nam niemal stuletnie doświadczenia. Rodzinne pamiątki zdeponowaliśmy w Archiwum Ośrodka „Pamięć i Przyszłość”, a następnie wykorzystaliśmy, obok cytatów wyciągniętych z opowieści, w stworzonej wystawie oraz na kartach książki. Zdecydowana większość nagranych świadków historii przed II wojną światową była mieszkańcami mniejszych miejscowości i wsi, natomiast dzisiejsi stulatkowie – to już przeważnie mieszkańcy miast. Największą liczbę świadków historii nagraliśmy na Dolnym Śląsku, a zaraz potem w województwie mazowieckim i pomorskim. Najstarszym mężczyzną i maratończykiem w całej Polsce, a równocześnie najbardziej wiekowym stulatkiem w projekcie, jest pan Stanisław Kowalski, który urodził się w 1910 roku w Rogówku. Tymczasem najstarszą nagraną przez nas kobietą jest mieszkanka Cedrów Wielkich na Żuławach pani Katarzyna Glier – zawodowa kucharka urodzona w 1912 roku w Zabierzowie Bocheńskim koło Krakowa.

Stopniowo, krok po kroku, do niepodległości
Rówieśnicy odzyskania przez Polskę niepodległości obserwowali ten ekscytujący czas z perspektywy dziecka. Gdy rodzili się lub stawiali swoje pierwsze kroki, na oczach ich dziadków i rodziców, w dyplomatycznych kuluarach, podejmowano dyskusje i decyzje formujące przyszłe państwo polskie. Najpilniejszym zadaniem dla polskich decydentów, pod koniec I wojny światowej, było niewątpliwie utworzenie centralnego ośrodka władzy, który koordynowałby długotrwały wysiłek polskiego społeczeństwa w walce o niepodległość i nadałby kształt terytorialny państwu. W pocie czoła pracowano zarówno w kraju, jak i za granicą, ale znaczenie decydujące miały inicjatywy podejmowane na miejscu. Na byłych ziemiach zaborowych powstawały namiastki rządów, których działalność możemy określić jako lokalną – brakowało ogólnopolskiego ośrodka decyzyjnego. Istotną rolę, wśród tych mniejszych organów, można przypisać Radzie Regencyjnej z siedzibą w Warszawie, powołaną do życia z woli okupantów w 1917 roku dla proklamowania marionetkowego Królestwa Polskiego – wyniku przełomowego „Aktu 5 listopada”. Ciesząca się autorytetem za granicą Rada Regencyjna 7 października 1918 roku ogłosiła manifest do narodu polskiego, aby zaskarbić sobie zaufanie Polaków. Manifest został przyjęty przez ludność polską bardzo przychylnie, a w wielu częściach kraju publikację uznano, trochę na wyrost, za rzeczywiste powstanie „niepodległej, trójzaborowej Polski”.

Znacznie większą swobodą działalności politycznej mogli cieszyć się politycy galicyjscy, którzy w 1918 roku utworzyli w Krakowie Polską Komisję Likwidacyjną zarządzającą ziemiami spod zaboru austriackiego. W PKL znaleźli się m.in. Wincenty Witos, Ignacy Daszyński, Aleksander Skarbek czy Tadeusz Tertil. Komisja stała się pierwszym w pełni suwerennym ośrodkiem władzy na ziemiach polskich, który ukonstytuował się 4 listopada, przyjmując do swojego grona reprezentantów wszystkich liczących się partii i stronnictw politycznych. PKL nie uznała jednak zwierzchnictwa Rady Regencyjnej oraz powołanego 23 października 1918 roku gabinetu premiera Józefa Świeżyńskiego i ostatecznie nie stała się ośrodkiem dyspozycyjnym dla całego zaboru austriackiego. Przejęcie przez PKL władzy w Krakowie przyspieszyło jedynie konflikt polsko-ukraiński we wschodniej części kraju. Po opanowaniu Lwowa przez Polaków powstał Tymczasowy Komitet Rządzący. Styczniowa fuzja PKL z TKR spowodowała powstanie w 1919 roku Komisji Rządzącej dla Galicji i Śląska Cieszyńskiego oraz Górnej Orawy i Spiszu. Na terenie zaboru pruskiego najważniejszą rolę odgrywała natomiast Naczelna Rada Ludowa z Wojciechem Korfantym reprezentującym interesy Śląska, Stanisławem Łaszewskim – Wielkopolski i Adamem Poszwińskim – Pomorza.

Pierwszego dnia listopada w Warszawie podjęto próbę sformowania rządu ogólnopolskiego przez ugrupowania lewicy niepodległościowej, która siedzibę organu umieściła w Lublinie. Sześć dni później sformowano Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej z Ignacym Daszyńskim na czele, tworzony przez socjalistów Królestwa Polskiego i Galicji, królewiackie Polskie Stronnictwo Ludowe „Wyzwolenie” i wywodzące się także z tego terenu inteligenckie Stronnictwo Niezawisłości Narodowej z poparciem Polskiej Organizacji Wojskowej i Polskiego Stronnictwa Ludowego „Lewica” z zaboru austriackiego. Nieprzychylnie na inicjatywę spoglądało jednak Polskie Stronnictwo Ludowe „Piast”, a jego przywódca, Wincenty Witos, krytykował skład rządu – według niego zbyt jednostronny i pomijający przedstawicieli narodowej demokracji. Sami inicjatorzy uważali go za twór przejściowy, mający istnieć do chwili zwołania Sejmu Ustawodawczego, a w opublikowanym manifeście sformułowali program radykalnych przeobrażeń społecznych i gospodarczych, deklarując równość obywateli wobec prawa, wolność sumienia, słowa, zrzeszania się i strajków, a także ośmiogodzinny dzień pracy.

Powstanie ośrodka lubelskiego zamiast rozwiązać – jedynie skomplikowało sytuację. Rada Regencyjna, mimo płynących z Lublina gróźb wyjęcia spod prawa, nie planowała się wycofać. Istnienie rządu lubelskiego podważał także ośrodek krakowski. Uwagę zwaśnionych i pogrążonych w konfliktach politycznych stron, przykuł jeden czynnik – 10 listopada do Warszawy przybył zwolniony z magdeburskiego więzienia Józef Piłsudski, który z rozmaitych przyczyn cieszył się dużym autorytetem wśród społeczeństwa polskiego, a o jego uwolnienie upominały się od dłuższego czasu różne gremia np. Rada Regencyjna czy rząd lubelski. Także nieprzychylne mu środowiska narodowodemokratyczne nie miały wątpliwości, że objęcie władzy przez Józefa Piłsudskiego doprowadzi do uspokojenia nastrojów społecznych, z których zdawał on sobie doskonale sprawę i też z tego powodu nie zamierzał identyfikować się z żadnym z obozów, przyjmując funkcję arbitra.

Dzień po powrocie, 11 listopada 1918 roku, Józef Piłsudski przyjął z rąk Rady Regencyjnej naczelne dowództwo wojsk polskich. Dnia 14 listopada Rada rozwiązła się i przekazała mu pełnię posiadanych uprawnień, a jego zwierzchnictwo uznały bez zastrzeżeń rząd lubelski i PKL. Józef Piłsudski mógł zatem przystąpić do formowania rządu ogólnopolskiego. Dnia 18 listopada utworzono rząd Jędrzeja Moraczewskiego zwany „drugim rządem lubelskim” ze względu na reprezentowane przez jego członków poglądy polityczne. Ostatecznie Moraczewski, borykający się z problemami wewnętrznymi odradzającego się państwa, podał się do dymisji 16 stycznia 1919 roku. Nowym premierem został cieszący się popularnością zarówno w kraju, jak i za granicą – Ignacy Paderewski, który objął także tekę ministra spraw zagranicznych.

Opowieść o wolności, wspólnocie i miłości do ojczyzny
Decydentom formującym polityczne i terytorialne ramy powstającego po 123 latach zaborów państwa polskiego przyszło sprawować rządy w kraju połatanym, pokiereszowanym pod względem gospodarczym, z ogromnymi różnicami rozwojowymi zaborowych ziem pogranicznych, często słabiej zurbanizowanych i zdominowanych przez ludność wiejską. Różnorodności terytorialnej wtórowała różnorodność społeczna. Ludność polska była zróżnicowana zarówno pod kątem miejsca zamieszkania (ludność miejska i wiejska), jak i przynależności do grup i warstw społecznych. Polska była także państwem wielowyznaniowym i wielonarodowym, w przeważającej mierze zamieszkiwanym przez Polaków, ale z sąsiadującymi Ukraińcami, Żydami i Białorusinami.

Zgodnie z niezbyt dokładnymi danymi spisowymi z 30 września 1921 roku w Polsce, bez Wileńszczyzny i Górnego Śląska mieszkało 27,2 mln osób. Liczba ludności nieustannie rosła dzięki jednemu z najwyższych w Europie, po ZSRR i Bułgarii, przyrostowi naturalnemu. Apogeum narodzin nowego pokolenia Polaków przypadło na rok 1925 (18,5%), a w następnych latach, poza rokiem 1930 (17%), wykazywał już tendencję spadkową – do 10,7% w 1938 roku. Właśnie wśród narodzonych podczas międzywojennego baby boomu znaleźli się nagrani przez nas „Rówieśnicy Niepodległej” – urodzeni w 1923 roku lub wcześniej. Najmocniej we wspomnieniach świadków historii wybrzmiało ich dzieciństwo i młodość spędzona w odradzającej się Polsce, a także II wojna światowa, która stała się niejako punktem granicznym ich życia. W opowieściach odzyskująca niepodległość ojczyzna jawiła się jako coś niezwykłego, nowego, wytęsknionego. Ze wspomnień biła duma i radość szybko stłumiona wybuchem II wojny światowej. Zanim jednak nasi rozmówcy sami chwycili za broń, byli świadkami powrotu z frontu I wojny światowej swoich ojców. Z perspektywy dziecka nakreślali nam świat ówczesnych dorosłych, ich rodziców, zaczynających życie praktycznie od początku. Aby wyżywić nierzadko wielodzietną rodzinę, podejmowali się oni różnorakich zajęć i często uprawiali ziemię, której owoce pomagały im przetrwać ciężkie chwile. Odzyskanie niepodległości było dla najstarszych Polaków, a wtedy jeszcze dzieci, jak to ujęła Helena Lubińska – „wesołym miasteczkiem”, wydarzeniem radosnym i ekscytującym, ale dla ich rodziców i dziadków – „wydarzeniem tragicznym”, okupionym trudem, lecz powitanym łzami szczęścia, gdy już mogli cieszyć się wolnością.

Ze wspomnień dzisiejszych stulatków o Polsce lat 20. i 30. XX wieku przebija się opowieść o wspólnocie, swobodzie, doniosłości, ale przede wszystkim miłości do ojczyzny, patriotyzmie i wolności. Wspólnocie z Żydami i Ukraińcami, z którymi ich rodzice i dziadkowie rywalizowali na polu gospodarczym, ale na co dzień żyli po sąsiedzku, w zgodzie i w przyjaźni często w jednej, niewielkiej miejscowości aż do czasu wybuchu II wojny światowej, jak opowiadała pani Janina Rokicka: „Były święta polskie to polskie, czyli katolickie, jak ruskie, czyli ukraińskie, to oni sobie świętowali, jak żydowskie to Żydzi i wszyscy do wszystkich mieli szacunek”. W szacunku do swoich tradycji i świąt polskich, ukraińskich, żydowskich, przyglądali się sobie nawzajem i nie ingerowali w toczące się obok siebie życia. Szacunek do innych nacji przekazywali im dorośli, ludzie dotychczas porozrzucani na zaborowych i nie tylko ziemiach, których losy splotły się w niepodległej Polsce. Tworzyli rodziny i wychowywali dzisiejszych stulatków w domu i w szkole w nastroju miłości i patriotyzmu do powstałego z ruin kraju. Kraju biednego, w którym ludność polska starała się wiązać koniec z końcem, gnieżdżąc się w niewielkich mieszkaniach i pracując, jeśli miała takie szczęście, w fabrykach, szkołach, na roli często ponad swoje siły. Z perspektywy stulatków był to jednak czas dziecięcej beztroski, kiedy w rodzinie pani Katarzyny Glier „Jedno [dziecko] drugie chowało, starsi młodszych […]” i „Żeśmy mieszkali na 46 metrach. Rzeczywiście […] dziwię się, bo panowała idealna zgoda. Jakoś nikt się nie bił. Ale nie, z bratem się biłem, kto ma spać na krzesłach, a kto ma spać na łóżku. Ja wolałem spać na krzesłach” – jak opowiadał pan Zdzisław Pastucha.

Polska w dwudziestoleciu międzywojennym dopiero dźwigała się z niewoli, a właściwie na swoich barkach dźwigali ją jej mieszkańcy – rodzicie i dziadkowie naszych stulatków – oni tymczasem chodzili do powstałych w prowizorycznych budynkach szkół, gdzie uczyli się patriotycznych pieśni, które potem, już jako nastolatkowie i studenci, wyśpiewywali na zabawach, jak opowiadała pani Paulina Fircowicz: „[…] to się miało we krwi. Przypuśćmy »O mój rozmarynie rozwijaj się«, »Legiony to żołnierska nuta« albo »Przybyli ułani pod okienko«, albo »Góralu, czy ci nie żal«. Takie piosenki raczej nie byle jakie, tylko takie miłe”. Część z nich kontynuowała edukację i kończyła studia wyższe, lecz część kończyła tę przygodę na szkole powszechnej z powodu braku środków na dalszą naukę, czy też odległości niemożliwe do pokonania pieszo. Szkoła była jednak oknem na Polskę – tutaj zdobywali wiedzę m.in. o historii swojego kraju i uczyli się języka polskiego – czegoś często nieosiągalnego dla poprzednich pokoleń ludności polskiej.

Poza szkołą tożsame z patriotyczną postawą było zaangażowanie w działalność różnych organizacji harcerskich i kościelnych, udział w obchodach świąt państwowych, a w czasie ich młodości zwłaszcza święta 3 Maja, czy imienin marszałka Józefa Piłsudskiego. W dwudziestoleciu międzywojennym szczególnie hucznie obchodzono święto odzyskania niepodległości, a Józefa Piłsudskiego, przez jednych uważanego za ciemiężyciela narodu, a przez drugich za wyzwoliciela, opłakiwano po jego śmierci w 1935 roku: „Witos i inni, oni chcieli też zdobyć jakieś pozycje. I to oni też dążyli [do niepodległości], ale w każdym razie absolutnie Piłsudski był na pierwszym miejscu i Piłsudskiego ja pamiętam dokładnie, jak była ta akademia i wszyscy śpiewali. I nie to, że wszyscy śpiewali, wszyscy płakali, jak […] była obchodzona jego śmierć. Tak że […] ja doskonale pamiętałam te wszystkie rocznice, wszystkie się obchodziło” – jak wspominała pani Alina Dąbrowska.

Opowieść o Polsce, która przebija się z opowieści stulatków, to duma z usłyszanego hymnu i troska pomieszana z nadzieją utrzymania odzyskanej wolności, wiara i religijność, zaangażowanie i czczenie świątecznych tradycji oraz świąt państwowych. Niepodległość dla naszych stulatków równa się dzisiaj przede wszystkim z wolnością w znaczeniu nie podlegania nikomu i niczemu, wolnością słowa i czynu z uszanowaniem równościowych praw współobywateli, ale także wolnego państwa – ogarniętego pokojem, a nie wojnami, niezależnym od wpływów innych państw. Niepodległość to nasz dom, coś wytęsknionego, radosnego i jak opowiadała pani Helena Adamczyk, to pewność czerpana z tego, że „jesteśmy znowu na mapie”.

dr Ewa Maj
p.o. kierownika Działu Badawczego
Centrum Historii Zajezdnia