7 grudnia: Szczury w mieście, stonka w polu, czyli o plagach 1950 roku

W 1950 roku we Wrocławiu szczury miały sielskie życie. Zwaliska gruzów wyburzonych budynków wciąż zalegały na ulicach, towarzyszyły im hałdy śmieci, a do tego dochodziły problemy z kanalizacją i panujący niemal we wszystkich dzielnicach miasta brud. W związku z tym włodarze Wrocławia podjęli decyzję o rozpoczęciu w dniu 7 grudnia 1950 roku akcji odszczurzania. Mieszkańców stolicy Dolnego Śląska i wielu innych dolnośląskich miejscowości trapiły jednak także inne nieszczęścia. Z czym mierzyć musieli się osadnicy na zachodnich rubieżach Polski pięć lat po wojnie? Jak radzono sobie z tymi szkodnikami i kogo oskarżano o ich sprowadzenie?


Fot. domena publiczna


Informacji o tym dostarczają przede wszystkim regionalne gazety, które zwracały uwagę na tępienie szkodników. Gryzonie i owady często przenosiły groźne choroby. Przed szczurami, myszami, pchłami, wszami czy muchami ostrzegano w „Głosie Ludu” w cyklach Co powinniśmy wiedzieć o chorobach zakaźnych? czy Świat złośliwych drobnoustrojów źródłem licznych chorób. Zgodnie z zamieszczonymi w prasie informacjami szczury „całymi stadami zamieszkują kanały i ruiny zwalonych czy walących się domów. W tym wypadku należałoby zwrócić większą uwagę na czystość miasta”. Autor wzmianki podkreślał, że znajdujące się w gruzach śmieci oraz wymieszane z resztkami jedzenia popioły dają gryzoniom idealne warunki do bytowania i rozmnażania się. Walka z nimi nie była sprawą łatwą, jak czytamy w „Głosie Ludu”: „wytrute w jednym gospodarstwie przenoszą się tam natychmiast z gospodarstw sąsiednich”. Zwracano uwagę na to, że szczury tępić trzeba w każdym gospodarstwie, a pracownikom deratyzacyjnym ułatwiać pracę – inaczej nie uda się pozbyć plagi tych groźnych gryzoni. Prasa podkreślała, że nadmierna liczba szczurów stanowi także bezpośrednie zagrożenie dla mieszkańców miasta: w jednym ze zniszczonych budynków mieszkalnych szczury pogryźć miały niemowlę.


Fot. domena publiczna


O ile przyczyny plagi szczurów we Wrocławiu były powszechnie znane i zdawano sobie sprawę, że wciąż nieuprzątnięte ruiny stwarzają idealne warunki ich rozmnażania, większą zagadkę stanowiło pojawienie się na podwrocławskich uprawach stonki ziemniaczanej. Według informacji przekazywanych w prasie, przedstawicieli tego gatunku znajdowano zresztą nie tylko na polach, ale także na „ulicach, rynkach i podwórzach miast”, a nawet przy chodnikach czy ulicach. Grozę wywoływały znajdowane butelki czy pudełka wypełnione tymi owadami. Chociaż skupiska stonki ziemniaczanej występowały na polskich ziemiach już wcześniej, to rok 1950 przyniósł prawdziwą plagę. Co prawda już od 1947 roku uświadamiano społeczeństwo co do doniosłości walki z tym szkodnikiem, organizując np. pogadanki w szkołach czy grupowe lustracje pól. W następnym roku podjęto nawet bardziej radykalne kroki: zabroniono importu ziemniaków z Niemiec i polecano zwiększenie czujności upraw prowadzonych w miejscach, w których osiedlali się repatrianci z Francji i Niemiec. Najbardziej jednakże obawiano się celowego ataku z powietrza, który – jak podejrzewano – nastąpił właśnie w 1950 roku.

W jednym z lipcowych numerów „Głosu Ludu” czytamy o pladze pasiastych żuków, które „zbrodniczo zaplugawiły nasze zachodnie rubieże kraju”. Plaga stonki ziemniaczanej objęła nie tylko zachodnią Polskę, ale także Czechosłowację czy NRD i była tak wielka i dotkliwa, że komentatorzy zgodnie ogłosili: „niebezpieczny szkodnik został do nas przemycony sztucznie […] z pomocą wiatru i chmur przez imperialistów zachodnich i ich agentów”. Z perspektywy czasu wydawać się może, że oskarżenie reprezentujących wrogi ustrój państw o zarażanie pól stonką ziemniaczaną jest co najwyżej niedorzeczne, ale taka była oficjalna linia propagandowa. Zresztą nie był to wcale nowy pomysł: już w trakcie drugiej wojny światowej propaganda III Rzeszy o podobne działania oskarżała wojska aliantów.


Fot. domna publiczna


Prasa oprócz utrzymywania oficjalnej linii propagandowej starała się także zachęcać mieszkańców do włączenia się do walki ze stonką ziemniaczaną. Z niesłabnącym zapałem nawoływano uczniów, by wraz z nauczycielami przeczesywali uprawy w poszukiwaniu szkodnika. Do tego samego zachęcano także wszystkich mieszkańców wsi.

Choć szczury i stonkę można uznać za największe plagi dręczące Dolnoślązaków w 1950 roku, nie były to jedyne czynniki niosące zniszczenie. W tym samym roku w prasie pojawiają się także wzmianki o innych zagrożeniach: śląskim pszczołom już na początku 1950 roku groził niewymieniony z nazwy pasożyt powodujący masowe ich ginięcie. Z tego powodu Ministerstwo Rolnictwa prosiło nawet hodowców o przesyłanie na ręce „powiatowego referenta chorób pszczelich po 30 sztuk martwych pszczół” zapakowanych w pudełko, aby nie zostały zgniecone.

Z całą pewnością pięć lat po zakończeniu drugiej wojny światowej to zbyt krótki czas, żeby uporać się ze wszystkimi bolączkami trapiącymi mieszkańców ziem niedawno włączonych do Polski. W 1950 roku wciąż palącymi problemami była niedostateczna liczba mieszkań, zalegające na ulicach Wrocławia gruzy czy problemy komunikacyjne. Dodatkowa konieczność zwalczania szkodników zagrażających uprawom przy ciągłych niedoborach żywnościowych czy przenoszących groźne choroby gryzoni zapewne nie ułatwiała codziennego życia na Dolnym Śląsku.

Joanna Mirocha
przewodnik w Centrum Historii Zajezdnia