Aktualności

„Najpiękniejszy dzień w historii Wrocławia” – rozmowa z Krzysztofem Turkowskim

publikacja / 21-12-2020
banner

O wydarzeniach Sierpnia ’80 i ich konsekwencjach, a także atmosferze towarzyszącej sierpniowemu strajkowi w 1980 roku z Krzysztofem Turkowskim, współorganizatorem strajku w zajezdni autobusowej nr VII przy ul. Grabiszyńskiej, rozmawia Elżbieta Kałuża, przewodnik w Centrum Historii Zajezdnia.

- Dzień dobry. Bardzo miło mi móc porozmawiać z Panem, współorganizatorem strajku, którego 40. rocznicę obchodzimy w tym roku.
- Dzień dobry, witam serdecznie. A jak jesteśmy we Wrocławiu, to przywitam się tak po lwowsku: Całuję rączki naszym czytelnikom i Pani – uśmiech.
- Jak to się stało, że Pan, młody pracownik Ossolineum, znalazł się 40 lat temu w samym centrum strajku w zajezdni przy ul. Grabiszyńskiej?
- Spodziewaliśmy się wybuchu, więc dzień wcześniej przez okno, ponieważ byłem obserwowany, opuściłem Ossolineum. Przenocowałem u Państwa Galosów [Ewa i Adam] na alei Piastów, a rano pan profesor, wybitny historyk wrocławski, zawiózł mnie do zajezdni nr VII przy ul. Grabiszyńskiej, gdzie formował się Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. To był początek. Przedstawiłem się, wspominając coś o KORze [Komitecie Obrony Robotników] i to była moja przepustka. No, a potem już byłem w środku zajezdni i uczestniczyłem w pracach MKS-u [Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego].
- Mówi pan, że spodziewaliście się wybuchu strajku we Wrocławiu, ale we wspomnieniach wrocławian pojawia się motyw swoistej zachęty, mobilizacji Wrocławia do tego wybuchu, do wsparcia szczególnie strajku w Stoczni Gdańskiej.
- Tak, wiem co Pani ma na myśli. Przychodziły jakieś tam węglarki, pociągi z napisami: „Wy, ch… się obijacie, a my walczymy za was”. No , takie tam, jak to pracownicy. To był pewien dyskomfort z punktu widzenia ludzi, którzy tu byli. Ale jak Wrocław stanął, to się wszystko zmieniło.
- Dlaczego właściwie pierwsza stanęła zajezdnia przy ul. Grabiszyńskiej? Przecież we Wrocławiu funkcjonowało wtedy wiele innych większych zakładów pracy, fabryk z o wiele liczniejszą załogą.
- Myśmy liczyli, że pierwszy wybuch, pierwsza eksplozja będzie nie tu, ale w Pafawagu i Dolmelu. To było kilkanaście tysięcy ludzi, to był taki zakład symboliczny. Do tego nie doszło. I tu nagle coś ciekawego, staje najmniejsza zajezdnia, ale za to genialnie położona, bo na Grabiszyńskiej. A tu były te Fadromy, Hutmeny, Elwro, te tysiące, tysiące ludzi na osi Grabiszyńskiej. Wielki przemysłowy Wrocław. To coś zapomnianego dzisiaj. Grabiszyńska staje, wówczas całe miasto wie. To nie jest tak, że na Krakowskiej staną i se stoją. Na Krakowskiej czy na Psim Polu. Nawet Dolmel, Pafawag. A tu ludzie od razu wiedzą, bo staje też komunikacja. Zaczęli się schodzić. Nagle zobaczyli, że jest bibuła. Rola bibuły była zupełnie niezwykła, bo jak myśmy to sygnowali „Biuletynem” [„Biuletyn Dolnośląski”], to to było przyjmowane jako prawda.
- No dobrze, zjawił się Pan w tej zajezdni, uczestniczył w pracach MKS-u, ale tak właściwie jaką funkcję Pan pełnił?
- Nie było funkcji jako takiej. A ja odpowiadałem za te sprawy zewnętrzne. Złapałem tę szybką łączność z Gdańskiem. To bardzo ważne. No i niekiedy tam z Władkiem [Frasyniukiem] jakieś gadania z dziennikarzami. A potem dość szybko zaraz ustalono, że trzeba wszystkich informować. No to ja zacząłem na prośbę Jurka Piórkowskiego, na początku z nim, potem już sam, odbywać spotkania z przedstawicielami zakładów. A wyglądało to tak, że Jurek (Piórkowski) powiedział: „To Krzysiek. My we dwójkę. To znaczy ty mów, ja będę stał”. No to tłumaczyłem, jakie są zasady. Trochę o wolnych związkach, o zagrożeniach, ale jak dochodziłem do służb bezpieczeństwa, widziałem taki niepokój.
Co jeszcze? Owczarek [wojewoda wrocławski Janusz Owczarek] przyjeżdżał. To kto po niego przyjdzie? No, Krzysiek. No, tam sobie z nim gadałem, wcześniej sobie przygotowałem, co musi zrobić, spisać.
Jak pamiętam mocno przekonywałem kolegów z zakładów tworzących MKS, Prezydium MKS-u, żeby nie wymyślać postulatów, tylko zaakceptować to, co robi Gdańsk.
- Można więc powiedzieć, że był Pan takim łącznikiem. Wszyscy czekali na informacje, które miał Krzysztof Turkowski, który wiedział, co dzieje się w Gdańsku, albo przynajmniej wydawało się, że wiedział.
- Tak, można tak powiedzieć – śmiech.
- Dlaczego to było takie ważne, żeby zaakceptować to, co robi Gdańsk, żeby to był strajk solidarnościowy z Gdańskiem?
- Bo wtedy było jasne, że jesteśmy razem, że musimy, jakbym to powiedział, dociągnąć ten strajk do końca, że trudniej będzie nas złamać, bo Gdańsk nas nie zostawi, my nie zostawimy Gdańska i że w kraju trzeba coś więcej zmieniać, że to nie jest tak, że tylko podwyżka i ewentualnie msza święta, ale swobody demokratyczne, nienazywane wprost, ale tegośmy pilnowali bardzo. I dla nas to było ważne.
- Jak wy, ludzie z zewnątrz, inteligencja, byliście traktowani przez kierowców, mechaników, robotników z innych zakładów, jaka była atmosfera w zajezdni? Czy było coś szczególnego?
- Integracja. To integrowanie się środowiska. My już w latach siedemdziesiątych chcieliśmy nawiązać kontakt z robotnikami, ale było niesłychanie trudno. W skali kraju tej więzi nie było. I nagle, jak się te strajki zaczęły, w moim przekonaniu to się z godziny na godzinę zaczęło zmieniać. Dlaczego? Byli młodzi robotnicy i młodzi, w olbrzymiej większości, działacze opozycyjni, więc komunikacja generacyjna jest prostsza wtedy, no. Ten ma trzydzieści lat, ten ma dwadzieścia osiem. No, rzeczywiście dominująca była młodzież. Oni przyjęli ten nasz zespół, chyba ze mną w szczególności, jako swoich chłopaków. Tu poznałem wspaniałych ludzi. Myśmy się wszyscy poznawali. To był taki strajk, że tu było miejsce dla wszystkich. To spotkanie dla nas było bardzo symboliczne. No i ja muszę powiedzieć, że ta integracja przyniosła zaufanie. Że ci studenci, inteligenci czy współpracownicy Nowej [Niezależna Oficyna Wydawnicza NOWA] coś robią i że to dla nich. Oni tak z dnia na dzień, z godziny na godzinę się zmieniali. Rozmawialiśmy ze sobą i to była atmosfera takiego małego zakładu pracy, który zjednoczył Wrocław i region.
- Jakie znaczenie dla strajkujących miały dwie msze święte odprawione podczas strajku? Czy ważny był wymiar duchowy, czy raczej społecznościowy? Dlaczego poproszono o odprawienie mszy właśnie księdza Stanisława Orzechowskiego „Orzecha”?
- Oczywiście bardzo liczyliśmy na wsparcie Kościoła. W tamtym roku był całkiem inny stosunek do Kościoła i jego pozycji niż dzisiaj po czterdziestu latach. Było kilka takich trudnych momentów. Następowało przesilenie. Myśmy mieli tego świadomość. Wtedy zaproponowałem z Maćkiem [Maciej Zięba, ówczesny wiceprezes Klubu Inteligencji Katolickiej], Maciek popędził. Przyprowadził Orzecha [księdza Stanisława Orzechowskiego], u którego ja w siedemdziesiątych latach miałem spotkanie z młodzieżą akademicką raz w tygodniu. Opowiadałem im o komunizmie. I stąd Staszka znałem. I ta msza święta. To był 29 [sierpnia]. Msza była wstrząsająca. Przeżywaliśmy oczywiście, jak to zrobić, czy ludzie przyjdą, żeby przyszli. Chłopcy z zajezdni dali takie przyczepy dwie, na których można było ustawić ołtarz. No i jest msza, ale jednocześnie mamy sygnały, że ówczesna ekipa rządząca pod naciskiem, taki mieliśmy obraz, rosyjskim, ale chyba nie tylko, zastanawia się nad pacyfikacją siłową strajku. Znaczy obrona zajezdni? Niewiele więcej, no nie da się. No co? Wystarczy parę, parę plutonów wprowadzić. No i tak oczekujemy tego wieczora. Ale to była taka atmosfera. No więc czekaliśmy, co dalej, co z Gdańskiem. A w Gdańsku zbliżało się do porozumienia, ale nie byliśmy jeszcze pewni.
- Mimo tej stałej łączności, którą Pan nawiązał?
- Nieufność była, ale nieufność, bo to o tym wspominam, do tego, co jest w mediach. Była tak niezwykła, że od nas pojechały dwie delegacje do Gdańska po porozumienie. Ale z jednym warunkiem. Porozumienie tak, bo podpisane przez Wałęsę, ale Anna Walentynowicz musi potwierdzić, że to prawda. No, ona miała wtedy papier. To ona zatrzymała strajk [w Stoczni Gdańskiej]. To ona to zrobiła. Była symbolem. Myśmy mieli obawy o ten punkt, chyba czwarty porozumienia, czyli wolność dla więźniów politycznych. Że my wyjdziemy… Znaczy, że strajk się skończy, a my pójdziemy do pierdla. Tak komuna postępowała. Takie było myślenie historyczne.
- Mimo obaw i nieufności obie delegacje dotarły jednak do gdańskiego MKS-u i przywiozły podpis Anny Walentynowicz na kopii porozumień sierpniowych.
- Tak, wrócili nad ranem 1 września i wtedy Jurek (Piórkowski) mógł ogłosić zakończenie strajku. Ci, którzy nie widzieli zakończenia strajku tu, to mogą tego żałować. Był to jedyny strajk, który zawierzył, że takim symbolem prawdy jest Anna Walentynowicz, 1 września 1980 roku to chyba był najpiękniejszy dzień w historii naszego miasta i to wszystko dzięki „Solidarności”.
- Najpiękniejszy?
- Tak, bo myśmy tu na początku byli każdy skądś. Tu chłopcy z zajezdni, tu Akademia Nauk, Ossolineum, gdzieś tam kolega student, delegaci z zakładów, ktoś inny. Dużo młodzieży akademickiej. I strajk, w czasie strajku myśmy się poznawali. I nagle okazywało się, że nie tylko Pafawag tworzy Wrocław. Także studenci oraz uczelnie. Wrocław rozpoczynał ten strajk, schodząc się zewsząd, a wyszedł jako „Wrocław to my”.
- Teraz w miejscu zajezdni autobusowej numer VII przy ul. Grabiszyńskiej od 16 września 2016 roku ma swoją siedzibę Centrum Historii Zajezdnia Ośrodka „Pamięć i Przyszłość”. Jak zapamiętał Pan to miejsce?
- Komitet (MKS) mieścił się w budynku, w którym znajduje się kierownictwo i pracownicy naukowi Centrum Historii Zajezdnia. Oczywiście zupełnie inaczej wyglądał. Nie było pięknych łazienek, ale były jakieś dwie czy trzy umywalki. Moim zdaniem ze dwie czy trzy toalety. No i w tych obiektach, gdzie się znajduje sala wystawowa, sale projekcyjne. To wbrew pozorom jest bardzo istotne, jak siedzi tam coraz więcej ludzi, którzy muszą w wypadku upału umyć się, przygotować.
Stąd, z tego miejsca wyszła nie tylko „Solidarność”, kilkanaście miesięcy później Solidarność Walcząca, Solidarność Polsko-Czechosłowacka, stąd wyszli działacze tworzący [Ruch] Wolność i Pokój, NZS [Niezależne Zrzeszenie Studentów]. Jest to takie miejsce, z którego się wszystko urodziło i wrocławianie muszą też o tym pamiętać, bo to nie jest tak, że „Solidarność” funkcjonowała dzięki tej czy innej organizacji. Nie, wszystko to są dzieci.
- Misją Ośrodka „Pamięć i Przyszłość” jest podtrzymywanie tej pamięci, dlatego 26 sierpnia 2020, czyli w 40. rocznicę rozpoczęcia strajku, w Centrum Historii Zajezdnia otwarto wystawę „Zajezdnia strajkuje” opowiadającą o tych kilku sierpniowych dniach, które zbudowały tożsamość Wrocławia. Miał Pan okazję ją oglądać. Czy według Pana oddaje ona atmosferę tamtych strajkowych dni, czy przywołuje wspomnienia, sprawia, że poczuł się Pan, jakby wrócił w tamten czas?
- To prawda, wystawa zbudowana wielkim wysiłkiem zespołu tworzącego ten multimedialny spektakl spowodowała, że było to przywrócenie atmosfery sprzed strajku, a także w czasie strajku, czyli, powiedzmy, dla mnie to było osobiste, ale widziałem też reakcje ludzi, którzy nie byli w zajezdni w czasie strajku, ale byli świadkami z zewnątrz albo nawet młodszymi. No było to wzruszające. Jurek Piórkowski wzruszył się niezwykle, przejęty był też [Władysław] Frasyniuk i paru innych uczestników tego strajku z Jarkiem Brodą. Muszę powiedzieć, że było to trafione.
- Jak odebrał Pan dobór aktorów, którzy użyczają głosu uczestnikom strajku? Czy był to również trafiony pomysł?
- Pomysł bardzo ciekawy, bo my wszyscy starsi panowie, którzy są jeszcze, nie jesteśmy bardzo wybitnymi lektorami, może nie wszyscy. Natomiast to był bardzo, bardzo dobry pomysł, zwłaszcza, że miło słuchać znakomitego aktora, który mówi np. w moim imieniu. Było to osobiste i bardzo sympatyczne.
- Miał Pan okazję porozmawiać z pozostałymi „starszymi panami”, czynnymi uczestnikami strajku, po obejrzeniu wystawy. Jakie były ich wrażenia?
- No wszyscy byli zadowoleni, bo było to dość zaskakujące. Nikt nie wiedział, co będzie w środku. Uczestnicy byli, no byli poruszeni, oglądali z zainteresowaniem. Najbardziej oczywiście ci, starannie wymienieni i pokazani, ale też i pozostali obserwujący ten strajk, czy go pamiętający. Jest to średnia wieku bardzo wysoka. Byli zadowoleni, chociaż dla mnie osobiście ważniejsze byłoby młode pokolenie.
- Cieszę się, że Pan o tym wspomniał, bo właśnie chciałam zapytać, czy według Pana taka forma przedstawienia historii ma szansę dotrzeć do różnych pokoleń? Przede wszystkim do młodzieży, czy może ją zainteresować tematem?
- No, od powstania wystawy do dnia dzisiejszego bardzo wiele zmieniło się w reakcjach młodzieży, ale ja głęboko wierzę w to, że uda nam się przekazać wiedzę, wartości i trochę uświadomić, że bardzo wiele rzeczy, które się wydarzyły potem i dzieją się do tej pory, były konsekwencją właśnie tych wydarzeń z sierpnia ‘80 roku w kraju, a w szczególności we Wrocławiu, gdzie doszło przecież do integrowania obywateli miasta. Ja tak zawsze, może z emfazą, mówię: weszliśmy jako ludzie z różnych części, a wyszliśmy jako wrocławianie. Myślę, że to jest bardzo ważne i to stara się zajezdnia pokazać i mam nadzieję, że będzie, że przyjdzie czas od nowego roku, kiedy będzie można na żywo świadczyć o tamtych wydarzeniach.
- Komu przede wszystkim poleciłby Pan obejrzenie tej wystawy?
- No przede wszystkim, jak to złośliwie powiem, emerytom, czyli ludziom, którzy wtedy byli młodzi, a teraz są sześćdziesiąt plus, żeby przypomnieli sobie te wspaniałe chwile. Również młodzieży, żeby zobaczyła, bo nie jest to nudne, żeby zobaczyła, skąd my przychodzimy, jak to było, to nic nie jest zwykle dane. Dzisiaj młode pokolenie powinno to zobaczyć, bo myśli, że paszport był zawsze w domu, bo może miał każdy telefon komórkowy, pracował na komputerze, oglądał Netflixy. Nie, było szaro, buro i jedyny walor tamtych lat, że byliśmy młodzi. Jednak mam nadzieję, mimo iż narracja jest niesłychanie trudna do pojęcia dla współczesnej młodzieży (trudno uwierzyć w to, jaka była nasza ówczesna rzeczywistość), że przekazane zostaje młodemu pokoleniu, co się wtedy działo.
Ja myślę, że przede wszystkim obowiązkowo obejrzeć wystawę powinny rodziny, dzieci, wnuki tych, którzy tam byli i tych, którzy czują się związani ze zmianami, przemianami Wrocławia latem 1980 roku.
To dobra puenta naszej rozmowy. Dziękuję bardzo za spotkanie, wspomnienia i refleksje oraz podzielenie się emocjami z czasu strajku. A także wrażeniami wywołanymi przez powrót do tamtych dni dzięki multimedialnej prezentacji „Zajezdnia strajkuje” w historycznym i symbolicznym miejscu na mapie Wrocławia.

Zdjęcia:
fot. 1: Krzysztof Turkowski na otwarciu obchodów 40. rocznicy powstania NSZZ Solidarność we Wrocławiu, 26.08.2020 r., Centrum Historii Zajezdnia, fot. M. Biodrowski
fot. 2: Krzysztof Turkowski (w drugim rzędzie od lewej strony) na otwarciu wystawy „Zajezdnia strajkuje”, 26.08.2020 r., Centrum Historii Zajezdnia, fot. M. Biodrowski
fot. 3: strajk w zajezdni nr VII we Wrocławiu w 1980 r., Krzysztof Turkowski pierwszy od prawej strony
fot. 4: strajkujący w zajezdni nr VII we Wrocławiu w 1980 r.

Galeria
photo

Wywiad z K. Turkowskim

1/4

photo

Wywiad K. Turkowski

2/4

photo

Wywiad z K. Turkowskim

3/4

photo

Wywiad K. Turkowski

4/4