Aktualności

Koncert w czasie strajku: występ artystów Opery Wrocławskiej w zajezdni nr. VII w sierpniu 1980 r.

publikacja / 10-02-2021
banner

Strajk solidarnościowy rozpoczął się we Wrocławiu 26 sierpnia 1980 r. w zajezdni autobusowej nr VII, która stała się centrum buntu na całym Dolnym Śląsku. O przebiegu strajku i wydarzeniach mu towarzyszącym napisano już wiele. Wśród wątków mniej znanych nadal pozostaje występ artystów z Opery Wrocławskiej, który odbył się po południu 31 sierpnia, właśnie w zajezdni nr VII. Warto przyjrzeć się temu wydarzeniu chociażby dlatego, że było ono wyjątkowe na skalę całej Polski. Chyba w żadnym innym miejscu strajku nie odbył się koncert arii operowych, który był zarazem oryginalnym wyrażeniem poparcia dla inicjatywy podjętej przez strajkujące zakłady pracy. Jak do tego doszło i jakie były jego kulisy? Na te pytania postaram się odpowiedzieć w tym tekście. W większości będzie on oparty na opowieści Zbigniewa Wojciechowskiego, perkusisty i pracownika Opery Wrocławskiej. W sierpniu 1980 r. był on jednym z najmłodszych pracowników, miał 22 lata. Po 40 latach od zakończenia strajku udało się nam nagrać z p. Wojciechowskim wywiad, w którym opowiedział jak doszło do wspomnianego występu oraz atmosferze na nim panującej.

PRACOWNICY OPERY WROCŁAWSKIEJ WOBEC STRAJKU
Pracownicy Opery Wrocławskiej już od samego początku strajku we Wrocławiu wiedzieli co się dzieje w mieście i w całej Polsce. Komunikacja miejska nie działała, co było jasnym dowodem na strajk. Świetnym źródłem informacji były też audycje Radia Wolna Europa i ulotki rozrzucane przez opozycjonistów. Osoby zatrudnione w Operze Wrocławskiej przeczuwały, że są świadkami wielkich wydarzeń, które mogą zmienić oblicze Polski. Postanowili sami włączyć się w te działania. Odrzucono możliwość strajku takiego, jaki miała miejsce chociażby w zajezdni nr VII. Uważano, że nie ma to większego sensu: nawet jeśli pracownicy Opery zamkną się w swoim miejscu pracy i nie będą wykonywać swoich obowiązków, to i tak mało kto to zauważy. W czasie strajków ludzie mieli przecież większe zmartwienia niż nieczynna opera. Niemniej, nie chcąc siedzieć z założonymi rękami, postanowili wywiesić na budynku Opery flagi z hasłami popierającymi strajkujących, nie tylko we Wrocławiu ale także w Gdańsku. Zaczęły się też rozmowy na temat ewentualnego występu dla protestujących w zajezdni nr VII.

fot. Wacław Janiszewski
fot. Wacław Janiszewski

DECYZJA O WYSTĘPIE DLA STRAJKUJĄCYCH
Trudno określić, kto wpadł na ten pomysł. Zbigniew Wojciechowski podejrzewa, że decyzja zapadła podczas rozmowy rady orkiestry, składającej się z doświadczonych muzyków. Nasz rozmówca, ze względu, na krótki staż w Operze (pracował tam od 1978 r.) nie uczestniczył w takich spotkaniach.

Pomysł występu dla strajkujących został od razu podchwycony przez innych artystów i trudno było usłyszeć głosy sprzeciwu. Szczególną rolę w organizacji koncertu odegrał ówczesny dyrektor Opery Robert Satanowski. Nie tylko nie robił problemów, a nawet sam wziął udział w późniejszym występie dyrygując orkiestrą. Zdaniem Wojciechowskiego przychylne stanowisko dyrektora wcale nie było rzeczą pewną. Wskazywała na to jego przeszłość. W czasie wojny organizował oddziały partyzanckie podległe ZSRR, następnie szkolił się w moskiewskiej Akademii Wojskowej. Z wojska odszedł w 1949 r. w stopniu komandora. Należał także do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Pomimo takiego życiorysu, według Wojciechowskiego, nie miał wątpliwości aby wystąpić przed strajkującymi, manifestując tym samym poparcie dla ich żądań.

fot. Wacław Janiszewski
fot. Wacław Janiszewski

KONCERT W ZAJEZDNI NR VII
Decyzja o występie musiała być konsultować z władzami strajku. Niestety nie posiadamy bliższych informacji na ten temat, znamy jedynie efekty tych rozmów. Strajkujący w zajezdni przy ul. Grabiszyńskiej udostępnili jeden lub dwa autobusy, którymi przewieziono artystów oraz ich sprzęt muzyczny. Koncert odbył się w miejscu gdzie wcześniej odbywała się msza święta celebrowana przez księdza Stanisława Orzechowskiego, a więc od frontu zajezdni, obok bramy wjazdowej. Nie znamy dokładnej godziny tego występu, ale z komunikatów wydawanych przez strajkowe władze wiemy, że odbył się on tuż po mszy, która miała miejsce o godz. 16. Można więc przypuszczać, że koncert rozpoczął się pomiędzy godziną 17 a 18 i trwał ponad godzinę. Występ niemalże zbiegł się więc czasowo z momentem podpisywania porozumień w Gdańsku (transmisja z tego wydarzenia rozpoczęła się o 16:40). Był to oczywiście czysty zbieg okoliczności.

Kolejna istotna kwestia to sam repertuar, o którym decydował już sam Robert Satanowski. Głównym celem koncertu było dodanie otuchy strajkującym, stąd wybór padł na pieśni patriotyczne, przede wszystkim „Straszny Dwór” Stanisława Moniuszki. Ciekawą sprawą jest to, że dobór utworów decydował także o składzie orkiestry i solistów. Te ograniczenia sprawiły, że nie wszyscy chętni mogli tego dnia wystąpić. W komfortowej sytuacji byli perkusiści, których do tego repertuaru potrzebnych było aż trzech (w tym nasz świadek historii – Zbigniew Wojciechowski). Jakkolwiek występ w plenerze nie był nowością dla artystów, problematyczne było nagłośnienie – nie było czasu na jego podłączanie. Orkiestra i tak brzmiała świetnie, ale nie było szans, aby muzyka dotarła w dostateczny sposób do wszystkich zebranych, których było wokół terenu zajezdni tysiące. Mimo to występ spotkał się z wielkim aplauzem i entuzjazmem.

Emocje udzieliły się też artystom. Zbigniew Wojciechowski wspomina: „Ten koncert to było niewiarygodne przeżycie! Do dzisiaj wspominam to. Naprawdę, to był mój chyba najbardziej… Nie potrafię znaleźć nawet słów odpowiednich. Żadnego innego koncertu nie przeżywałem tak jak tamtego. Po pierwsze okoliczności. Polska się zmienia, nagle, zupełnie o 180 stopni i to w taki sposób, jaki chcemy. Do tego wszystkiego te tłumy ludzi na koncercie. Tłumy ludzi dookoła płotu zajezdni autobusowej i na ulicach i na zewnątrz. Ludzi rozradowanych, ludzi oczekujących, zainteresowanych, ludzi, którzy w życiu nie byli w operze. A przeżywali ten koncert tak, że to jest coś nieprawdopodobnego. Pamiętam, że po koncercie niektórzy płakali, wiwatowali, jak na koncercie rockowym. Normalnie głośno było tak, jak nigdy czegoś takiego nie przeżyłem w operze. Podbiegła jedna pani ze łzami w oczach do mnie, pamiętam po tym koncercie, szczęśliwa. Rozmawiali, gratulowali, cieszyli się, no coś nie-nieprawdopodobnego. Wiem też, że koledzy grali z niesamowitym skupieniem. To była najważniejsza premiera w życiu i nie zapomnę tego do końca życia swojego. To było coś niewiarygodnego, coś nieprawdopodobnego. Takiego koncertu nigdy nie zagrałem i myślę, że nigdy nie zagram. O takim natężeniu emocjonalnym…”.

Fot. Adam Frąś
Fot. Adam Frąś

Autorem artykułu jest Kamil Borecki, Starszy Specjalista w Dziale Badawczym.